— Pod czterdziestym czwartym numerem — odrzekł.

— A, łotry! — zawołał Steerforth. — Wsadzić go do tej nory, nad stajniami!

— Nie wiedzieliśmy — jąkał się kelner. — Pan zresztą sam nie sprzeciwiał się... ale natychmiast przeniesiemy pod numer siedemdziesiąty drugi, właśnie obok pana.

— Przenosić mi natychmiast! — rozkazał Steerforth.

Kelner wybiegł, a przyjaciel mój śmiał się jeszcze długo na samą myśl, że mi mogli dać taką norę. Zaprosił mnie nazajutrz na dziesiątą na śniadanie, z czego się bardzo ucieszyłem, że zaś już późno było, zagasiliśmy świece i rozeszliśmy się na spoczynek. Pokój, do którego przenieśli mnie, był obszerny, pełen powietrza, wygodnych sprzętów, z ogromnym, szerokim łóżkiem, na którym wśród nieskończonej ilości poduszek i kołder usnąłem, marząc o starym Rzymie, jego bohaterach, przyjaźni, Steerforcie. Nad rankiem odjeżdżające sprzed bramy dyliżanse zmieniły nieco sny moje. Śnili mi się bogowie i ich gromy.

Rozdział XX. Rodzina Steerfortha

Gdy o ósmej pokojówka zapukała do drzwi, oznajmiając, że zostawia przy nich ciepłą wodę do golenia, zarumieniłem się po uszy na samą myśl, żem się jeszcze nie golił. Wyobrażałem też sobie, jak się musiała śmiać psotnica, spełniając u drzwi moich tę czynność. Toteż kiedy musiałem przechodzić koło niej, schodząc na śniadanie, czułem się zmieszany i zażenowany. Wolałbym nawet wcale nie przechodzić tamtędy i pozostawić ją ze szczotką, a samemu spoglądać przez okno na przechodzący ulicą wśród tłumu wozów i pieszych pułk ułanów, na nieszczęście kelner oznajmił, że śniadanie na stole.

Steerforth oczekiwał mnie nie w restauracji, ale w gabineciku z czerwonymi portierami, tureckim dywanem, nakrytym i połyskującym od szkła i srebra stoliczkiem, z wielkim, na kominku płonącym ogniem i okrągłym lustrem, w którym się to wszystko odbijało. Czułem się z początku nieco zmieszany. Imponowała mi śmiałość, swoboda Steerfortha, posiadającego nade mną tyle — nie wyłączając wieku — przewagi. Wkrótce jednak przyjacielskie jego zachowanie zatarło to wrażenie. Nie mogłem się też dość nadziwić zaszłym w samym zajeździe zmianom. Wczoraj jeszcze wszystko, com widział, było brudne, zakurzone, dziś zaś połyskujące, wytworne. Pierzchła gdzieś niepowrotnie poufałość kelnera. Wyprostowany, poważny, czekał u drzwi na nasze skinienie.

— A teraz, Copperfieldzie! — rzekł, gdyśmy pozostali sami, Steerforth. — Opowiedz mi, jak ci się obecnie wiedzie i twe na przyszłość widoki. Wszystko to interesuje mnie i obchodzi, jak gdybyś był moją własnością.

Uszczęśliwiony tym nowym dowodem jego przyjaźni, opowiadałem mu o sobie. Z kolei przyszło do obecnej, dozwolonej mi przez ciotkę wycieczki.