— Zgoda! — zawołał Steerforth. — Zatem do wieczora!
— Nie dam im tymczasem znaku życia — mówiłem rozradowany — toż to będzie niespodzianka!
— O, naturalnie — rzekł Steerforth — inaczej wszystko byłoby na nic! No! Zobaczymy tych tuziemców w rodowitym ich otoczeniu.
— Są oni właśnie tacy jacyś, jak mówiłeś — odrzekłem.
— Aha! Tak to! Przypomniały ci się moje utarczki z Różą — zawołał, spojrzawszy mi bystro w oczy. — Niech ją! Boję się jej prawie! Jest ona moim złym duchem. Nie wspominaj jej nigdy! A teraz co zamyślasz czynić? Pójdziesz zapewne do swej piastunki? Co?
— Naturalnie — rzekłem. — Przede wszystkim muszę widzieć Peggotty.
— Dobrze — rzekł Steerforth, spoglądając na zegarek. — Jeśli cię uwolnię na parę godzin, czy ci to wystarczy na cackanie się z nianią?
Odpowiedziałem mu, śmiejąc się, że wystarczyłoby może, i poprosiłem go, aby mi towarzyszył i przekonał się naocznie, że go poprzedziła w domu i sercu mej piastunki sława, gotując mu niemal równe mi miejsce.
— Pójdę, gdzie życzysz — odrzekł. — Zrobię, co ci się podoba. Rozkazuj tylko, a wszędzie, gdzie zechcesz, wystąpię w sentymentalnej czy komicznej roli.
Dałem mu adres pana Barkisa, woźnicy jeżdżącego do Blunderstone i gdzie indziej, sam zaś wyszedłem. Powietrze było ostre, ziemia sucha, morze kędzierzawe i spokojne, a słońce, w braku ciepłych, jasne rzucało promienie. Wszystko tchnęło życiem i pogodą. Sam czułem się pełen życia i pogody i tak uszczęśliwiony obecnością w miłych mi miejscach, że chciało mi się uściskać każdego z przechodniów. Ulice wydały mi się ciasne i krótkie. Zawsze tak bywa podobno z miejscami znanymi w dziecięcych latach, gdy do nich potem wracamy. Wszystko mi jednak żywo stało w pamięci i nie zauważyłem nigdzie w niczym najmniejszej zmiany. Tylko nad sklepem pana Omera szyld był zmieniony; „Omer i Joram” opiewał, a dalej było jak dawniej.