Kroki wiodły mię wbrew mej woli, przeszedłem ulicę i zatrzymałem się przed drzwiami sklepu. W głębi młoda, przystojna kobieta huśtała na ręku niemowlę, gdy tymczasem drugie dziecię czepiało się jej spódnicy. Od razu poznałem Minnie i jej dzieci. Drzwi do izdebki za sklepem były zamknięte, lecz skrzypiały zupełnie tak samo jak przed laty.
— Czy zastałem pana Omera? — spytałem wchodząc. — Chciałbym go widzieć.
— Jest w domu — odrzekła Minnie. — Astma nie dozwala mu wychodzić na tę pogodę. Joe! Poproś dziadunia.
Trzymający się jej fartucha malec wrzasnął i ku wielkiemu zadowoleniu matki schował się w jej spódnicę. Posłyszałem sapanie i chrapanie i po chwili zjawił się pan Omer we własnej osobie, dychawiczny, lecz wcale nie postarzały.
— Do usług pańskich — rzekł. — Co pan rozkaże?
— Chciałbym uścisnąć pana dłoń — zawołałem — za okazaną mi niegdyś uprzejmość, nie miałem dotąd sposobności podziękować panu.
— Za uprzejmość? Nie przypominam sobie. Czy się pan nie myli czasem?
— O, nie!
— Pamięć moja musiała się przykrócić wraz z oddechem — odrzekł, potrząsając głową. — Nie przypominam sobie.
— Jak to! Nie pamiętasz pan! Spotkałeś mnie przy gospodzie, przyprowadziłeś tu na śniadanie, a potem pojechaliśmy razem do Blunderstone, pan, pani Joram i pan Joram, który nie był jeszcze wówczas mężem pani.