Dawni nasi sąsiedzi, państwo Grayper, wyjechali do Południowej Ameryki, a przez podziurawiony dach ich domu deszcz padał jak przez rzeszoto230. Pan Chillip ożenił się powtórnie z wysoką, sucherlawą231, długonosą damą i mieli dziecko blade, z ogromną głową, szeroko roztwartymi porcelanowymi oczyma, które zdawały się być wieczyście zdziwione własnym swym przyjściem na świat.

Z dziwną mieszaniną smutku i przyjemności błąkałem się po miejscach mych rodzinnych i tylko czerwono zachodzące zimowe słońce przypominało mi o powrocie. Siedząc ze Steerforthem za stołem przed wielkim ogniem, lubiłem myśleć o tych moich wycieczkach. Tegoż samego wrażenia doznawałem, chociaż w słabszym stopniu, w moim małym pokoiku, pod dachem Peggotty, a przewracając karty książki z krokodylami — leżała zawsze na małym stoliczku — z wdzięcznym rozmyślałem sercem, jak dalece szczęśliwy byłem, posiadając takich przyjaciół, jak Steerforth i Peggotty, i zastępczynię tych, com utracił, w osobie wspaniałomyślnej i dobrej mej ciotki.

W czasie powrotu z tych długich przechadzek najbliższa droga wiodła mnie przez bród, pomiędzy miastem a morzem, w pobliżu mieszkania pana Peggotty. Zachodziłem też tam zwykle i zwykle zastawałem Steerfortha. Wracaliśmy już potem razem w chłodne noce, kierując się drżącymi w mieście światełkami.

Pewnego wieczoru, kiedy wracałem później niż zwykle — gdyż była to moja pożegnalna wycieczka do Blunderstone, mieliśmy wkrótce opuścić Yarmouth — zastałem go samotnym w domu rybaka. Siedział przed ogniem tak zamyślony, że nawet nie zauważył mego wejścia. Stanąłem tuż przy nim i patrzyłem nań długo. Ze spuszczoną brwią, gubił się w myślach, a gdym położył rękę na jego ramieniu, drgnął tak gwałtownie, że mnie prawie odepchnął.

— Zjawiłeś się znienacka — mruknął gniewliwie — jak wyrzut sumienia.

— Musiałem cię przecie zbudzić z zamyślenia — odrzekłem. — W jakiż inny sposób mógłbym ściągnąć cię z gwiazd na ziemię?

— Z gwiazd!

— Więc skąd? — pytałem, siadając przy nim.

— Patrzyłem w ogień — odrzekł.

— Nie psujże mi tego widoku — zauważyłem, gdyż kawałkiem drzewa poruszył gwałtownie ogień na kominku, uderzając w płonącą kłodę, od której iskry uleciały w górę.