— Nie dojrzałbyś tam nic — rzekł. — Nie lubię szarej godziny, ani to dzień, ani to noc! Wracasz tak późno! Gdzieżeś był?
— Żegnałem miłe mi miejsca — odrzekłem.
— Ja zaś tu siedziałem — mówił, rozglądając się dokoła — i rozmyślałem nad tym, że ci ludzie tak szczęśliwi i weseli w wieczór naszego przybycia, mogą, po tej tutaj pustce sądząc, rozproszyć się, i umrzeć, ulec jakiej bądź niedoli. Dawidzie! Czemu mnie Bóg pozbawił ojca przez te ostatnie dwadzieścia lat!
— Kochany przyjacielu, co ci?
— Z całego serca życzyłbym sobie energicznego, dobrego kierownictwa — zawołał. — Gdybym sam sobą umiał lepiej kierować!
Przybity był, niepodobny do siebie, uderzyło to mnie.
— Wolałbym — mówił, wstając i opierając się o komin, z twarzą pochyloną nad ogniem — wolałbym być tym biednym Peggotty lub tym cymbałem, jego bratankiem, niż sobą, tysiąc razy bogatszym i potężniejszym, i nie cierpieć tak, jakem w tej piekielnej łodzi cierpiał232 w ostatniej tej godzinie.
Tak byłem zdziwiony tą nagłą w nim zmianą, że patrzyłem nań tylko, milcząc. Stał z głową wspartą na ręku, ponury, zapatrzony w ogień. Zacząłem prosić, aby mi się zwierzył, powiedział, co go tak zasmuciło lub dotknęło. Jeśli nie radę, to z pewnością znajdzie we mnie gotowe, żywe współczucie. Nie skończyłem jeszcze mówić, gdy się już śmiał, z przymusem zrazu, potem jak zwykle wesoło i swobodnie.
— Nic, nic mi już nie jest, Davy! Wszak ci już mówiłem w Londynie, że sam sobie nie umiem dotrzymywać towarzystwa. Obsiadły mnie jakieś mary, oto wszystko. Ta szara godzina! Godzina duchów i bajek opowiadanych przez piastunki! Wrażenie ich sięga daleko, poza granice męskiego wieku. Zdawało mi się po prostu, że jestem „złym i niegrzecznym chłopczykiem” z bajki, który „nic sobie z niczego nie robił” i wpadł w lwią paszczę czy coś podobnego. To, co stare baby nazywają strachem, porywało mnie za włosy i... przeląkłem się.
— Tylko tego — zawołałem.