— Nie ma o czym mówić — mruknął.

— A czy nie mówiłem — ciągnąłem rozentuzjazmowany — czy nie mówiłem, że żadna boleść, żadna radość tych skromnych, prostych, ubogich ludzi nie jest ci obojętna.

— Mówiłeś! Mówiłeś! Raz już wreszcie przestań!

Bojąc się rozgniewać go, przestałem, rozmyślając dalej w sercu o przymiotach mego przyjaciela. Szliśmy powoli ku miastu.

— Trzeba ją na nowo pomalować — mówił — zostawię tu Littimera, żeby się tym zajął. Czy ci mówiłem, że Littimer przyjechał?

— Nie.

— Tak! Przyjechał właśnie dziś rano, z listem od mojej matki.

Zauważyłem, że, mówiąc to, był blady i chociaż mi patrzył spokojnie w oczy, przeląkłem się, czy czasem nie zaszło jakie nieporozumienie pomiędzy nim a panią Steerforth, które wprawiło go w taki nastrój, w jakim go zastałem w chacie Peggotty. Nadmieniłem coś o tym.

— O nie! — rzekł, potrząsając głową i uśmiechając się z lekka. — Wcale nie! Tak, przyjechał Littimer!

— Taki jak zawsze? — spytałem.