— Cha, cha, cha! Wyborne dzieci! Miłe dzieci! — zawołała karliczka, przechylając się, mrużąc oko i szukając czegoś w pudełku. — Ułamek książęcego paznokcia. Patrzcie! Nazywam go księciem A, B, C, bo boję się przekręcić nazwisko, w którym jak groch z kapustą znajdziecie zmieszane wszystkie litery alfabetu.

— Rosyjski książę jest klientem pani!?

— Upewnić cię mogę, kotku. Dwa razy na tydzień strzygę mu na rękach i nogach paznokcie.

— Hojnie płaci?

— Jak mówi! Przez nos. Nie dopuściłby do siebie golibrody. A! Gdybyście widzieli jego wąsy! Rude z przyrodzenia, a jakie czarne pod działaniem sztuki.

— I rączek pani, panno Mowcher.

Skłoniła głowę.

— Nie ma rady, musiał się do mnie uciec. Zwykły szuwaks dobry był tam w Rosji, ale nie tu. Takiego zardzewiałego księcia nie widzieliście jeszcze nigdy. Stara szpada.

— Ale dlaczego nazwała go pani błaznem? — zaśmiał się Steerforth.

— Aj chłopcy! Wy chłopcy! — mówiła, żywo potrząsając głową. — Wszyscyście błazny! Klnę się na ten oto ułamek książęcego paznokcia! A wiele mi ten paznokieć drzwi otwiera! Oho! Więcej niż moja sztuka. Noszę się też z nim jak kot z sadłem. Najlepszy to list rekomendacyjny. Panna Mowcher musi przecie być biegłą, jeśli księciu obcina paznokcie! Pokazuję wszystkim młodym paniom i paniętom, udzielam po kawałeczku, tak jak osobliwość, do albumów i prywatnych zbiorów. Cha, cha, cha! Na honor! Cały „społeczny system”, jak tam mawiają w Parlamencie, jest systemem książęcego paznokcia — skończyła, kiwając głową i usiłując skrzyżować na piersiach krótkie ramiona.