Steerforth śmiał się serdecznie, ja także. Panna Mowcher kiwała głową, mrużyła oko, mrugała.
— Tak to, tak — mówiła, pocierając kolana i wstając. — Ale nie w tym rzecz. Zbadamy strefę podbiegunową i skończymy z tym.
Wybrała parę drobnych narzędzi, flaszeczkę jakąś i (ku wielkiemu memu zdziwieniu) spytała, czy stół utrzyma.
Na twierdzącą odpowiedź Steerfortha przystawiła krzesło i z moją pomocą znalazła się wkrótce na stole niby na estradzie.
— Jeśli który z was dostrzeże końce moich bucików — rzekła — niech powie, a wróciwszy do domu, otruję się.
— Nic nie widzę — upewnił Steerforth.
— Ani ja — dodałem.
— Oddycham! A teraz cip, cip, cip! Chodźcie, niech was oskubię.
Odnosiło się to do Steerfortha. Posłuszny wezwaniu usiadł plecami do stołu, twarzą do mnie, powierzając jej mikroskopijnym rączkom swą głowę i włosy. Zabawnie wyglądał tak w ręku karliczki stojącej nad nim na stole i przyglądającej się obfitym zwojom jego ciemnych włosów za pomocą szkła powiększającego, które wydobyła z kieszeni.
— Piękny z ciebie chłopak — zadecydowała po dokonaniu uważnego przeglądu jego czupryny — beze mnie jednak byłbyś w niespełna dwanaście miesięcy łysy jak kolano. Chwilkę, kochanku! Wzmocnię ci czuprynę na jaki lat dziesiątek.