Mówiąc to, moczyła strzępki flaneli w zawartości flaszeczki, z drugiej nalewała coś na szczotkę i na przemian to nacierała, to szczotkowała głowę Steerfortha, mieląc ciągle językiem.
— A ten Charley Peygrave, syn księcia! Znasz go pewnie? — pytała, zwracając ku sobie twarz mego przyjaciela.
— Tak, trochę.
— To mi mężczyzna! Co za wąsy! Co do nóg zaś, to nikt nie może z nim rywalizować. Próbował obejść się beze mnie... Gdy służył w gwardii... wiesz?
— Szalony!
— Tak mi coś wygląda. Próbował. Otóż udał się do perfumerii po flakon balsamu z Madagaskaru.
— On, Charley?
— On sam. Naturalnie, nie posiadali tam balsamu z Madagaskaru.
— Smaczne to? — pytał Steerforth.
— Smaczne! Wstydź się, żarłoku! — zawołała, klepiąc go po twarzy. — To na wąsy. W sklepie była kobieta, niemłoda. Jako żywo nie słyszała o niczym podobnym. „Z przeproszeniem pana, mówi, czy to róż?” „Róż, na co mi róż?”, woła Charley. „Z przeproszeniem, bez obrazy, tak różnymi nazwami obdarzają te przedmioty kupujący, żem przypuszczała...”. A teraz, kotku — ciągnęła, szczotkując z zapałem włosy Steerfortha — mnie samej zdarza się czasem, mniej więcej... przepraszam, kochanku, to przez nieuwagę.