— Na długo tu zostajecie? — spytałem Littimera, wsiadając do dyliżansu.

— Nie, proszę pana, nie na długo zapewne — odrzekł.

— Sam tego jeszcze dziś wiedzieć nie może — wtrącił Steerforth. — Wie, czego ma tu dokonać, i dokona.

— O tym nie wątpię — zauważyłem.

Littimer uniósł kapelusza, dziękując zapewne za wyrażenie tak dobrej o nim opinii; co do mnie zaś — czułem się, jakbym miał lat osiem. Pożegnał nas, życząc nam szczęśliwej podróży, a odjeżdżając, pozostawiliśmy go na miejscu, tajemniczego i niewzruszonego jak egipska piramida.

Milczeliśmy czas jakiś, Steerforth zdawał się być zamyślony. Co do mnie, raz jeszcze w myśli żegnałem miłe mi miejsca, marząc o zmianach, jakie w nich i we mnie czas przyniesie. Nagle Steerforth poweselał, rozgadał się, potrząsając mnie za ramię:

— Odezwij się, hej, Davy! — zawołał. — Cóż to za list otrzymałeś przy śniadaniu?

— A tak! — rzekłem, dostając243 list z kieszeni. — Od ciotki.

— Czy to warte zastanowienia?

— I bardzo! Ciotka przypomina mi, że się moje wakacje kończą i że o przyszłości pomyśleć trzeba.