Janet dygnęła, pytając, jak się miewam. Ciotka jakby się zasmuciła. Ciągle pocierała nos.
— I ja żałuję, że go tu nie ma z nami — mówiła. — Utraciłam spokój, odkąd tu jestem.
Uprzedziła moje pytanie i ciągnęła:
— Nabrałam przekonania, że Dick nie jest stworzony do odganiania osłów. Brakuje mu potrzebnej energii. Wypadałoby raczej zostawić Janet, byłabym spokojniejsza. Lecz jeśli kiedy, to dziś najpewniej, o czwartej po południu było tam prawdziwe najście osłów.
Starałem się ją pocieszyć.
— Ten sam, wyobraź sobie, ten sam, na pewno ten sam — mówiła — bez ogona, ten, na którym wjazd odbywała ta tam, siostra tego Murdstone’a. Jeśli już jest w Dover jaki osioł szczególnie mi nienawistny — kończyła, uderzając pięścią w stół — to ten chyba... Bydlę!
Janet ośmieliła się zauważyć, że się może pani irytuje przedwcześnie, że wie nawet, iż ów osioł bez ogona zamówiony był do wożenia piasku i kamieni na szosie. Nie uspokajało to bynajmniej ciotki.
Wieczerza dobra była i nawet gorąca, chociaż ciotka ulokowała się jak mogła najwyżej, czy aby w razie pożaru247 być jak najbliżej drzwi wychodzących na dach, czy z innych względów, powiedzieć nie potrafię. Podano zrazy, pieczoną kaczkę i jarzyny. Byłem przy apetycie, tylko ciotka, nie dowierzając stołecznej kuchni, jadła mało.
— Wyobrażam sobie — mówiła — że nieszczęsna ta kaczka urodziła się i wychowała gdzieś w spiżarni i chyba w jakiej stajence odetchnęła świeżym powietrzem. Tss, kto może zaręczyć, że zrazy te są z wołowiny? Może, a może i nie. Wszystko tu podrobione oprócz błota.
— Czy ciotka nie przypuszcza, że kaczkę przywieźli ze wsi? — spytałem.