— Przybył tu na tydzień przede mną, codziennie przychodzi na dół, do kancelarii pana Waterbrooka — mówiła Agnieszka. — Jestem niespokojna o niektóre interesy ojca — dodała po chwili.
— Cóż by to być mogło? — spytałem.
Odłożyła na bok robotę i składając na kolanach ręce, zwróciła na mnie piękne swe, zadumane oczy.
— Sądzę — rzekła powoli — że Uriah zamierza wstąpić do spółki z mym ojcem.
— Co?! Uriah?! — zawołałem oburzony. — Jakimż266 pochlebstwem, jaką nikczemnością mógł się wśliznąć na podobne stanowisko? Czyś się nie starała przekonać ojca? Opłakane mogą wyjść z tego następstwa! Nie powinnaś do tego dopuścić, musisz zapobiec, dopóki czas jeszcze!
Patrzyła na mnie smutno, kiwając głową, z cichym jakimś i cierpliwym uśmiechem.
— Pamiętasz — rzekła — naszą ostatnią rozmowę o ojcu? Wkrótce jakoś potem, we dwa, trzy dni może, po raz pierwszy nadmienił mi coś o tym. Boleśnie było patrzeć na widoczną walkę, jaką w sobie staczał, chcąc przedstawić mi rzecz tę jako wynik własnego wyboru, gdy wszystko wskazywało, że ojciec ulega raczej jakiejś konieczności.
Zasmuciłem się bardzo.
— Konieczności, mówisz? Któż go mógł przymuszać?
— Kto? Uriah! — odrzekła ciszej, po chwili wahania. — Stał się niezbędnie ojcu potrzebny. O! Sprytny, baczny, opanował słabe strony ojca, wyzyskał je, stał się panem sytuacji. Wiesz, co ci powiem, Trot? Ojciec boi się go.