Spojrzałem na nią zdziwiony.
— Nie chcę — rzekła — rozwodzić się nad niektórymi familijnymi szczegółami, niemiły to dla nas obojga temat.
— Zgadzam się najzupełniej ze zdaniem pani — odrzekłem.
— Zapewne — ciągnęła — nie życzę też sobie wcale rozbudzać wspomnień dawnych zatargów i nieporozumień ani nawet zniewagi, gdyż wyznać muszę ku hańbie niewieściego rodu, że się pewna osoba, o której bez wstrętu wspomnieć nie mogę i o której wolę tu milczeć, posunęła aż do obrazy. I to czyjej! Mej własnej osoby.
Chociaż czuły byłem na punkcie mej ciotki, zgodziłem się, że istotnie lepiej nie dotykać tych rzeczy, dodając wszelako, że nie zniósłbym najlżejszego uchybienia względem osoby, którą czczę i poważam.
Panna Murdstone zmrużyła oczy i skłoniła głowę, a potem, podnosząc ją, pomału mówiła:
— Nie będę taić przed panem, że od dzieciństwa pańskiego nabrałam o panu nieosobliwego wyobrażenia. Może się mylę, może zresztą obecnie zasługuje pan na lepsze mniemanie, nie w tym rzecz. Należę do rodziny powszechnie znanej ze stałości swych przekonań i wątpię, abym moje, w jakich bądź okolicznościach, zmienić mogła. Wiem, co sądzić o panu, tak jak pan wie zapewne, co pan ma sądzić o mnie.
Z kolei skłoniłem twierdząco głową.
— Nie ma jednak żadnej potrzeby — ciągnęła — aby te nasze wzajemne przekonania wywołać tu miały obecnie jakie bądź starcie. Owszem. W obecnej sytuacji lepiej byłoby pozostawić to w spokoju. Ponieważ okoliczności zbliżyły nas teraz i prawdopodobnie zbliżać odtąd będą, najlepiej byłoby dla nas obojga stanąć na gruncie dalekich i obojętnych stosunków. Nie zwróci to niczyjej uwagi. Stosunki rodzinne są wystarczającym powodem, abyśmy się tylko na tej stopie spotykali zawsze. Czy się pan zgadza na powyższą propozycję?
— Panno Murdstone — odrzekłem jej na to — tak pani, jak i brat pani wyrządziliście i mnie, i biednej mojej matce niejedną krwawą krzywdę. Nie zapomniałem o tym i nie zapomnę nigdy, obecnie jednak zgadzam się i zastosuję do propozycji pani.