Co do mnie poznałbym ją zawsze i wszędzie. Pewien tego byłem.
— Panna Murdstone — objaśniał pan Spenlow — podjęła się z łaski swej opieki nad mą córką. Dora, niestety, wcześnie straciła matkę, panna Murdstone służy zarazem córce mej za towarzyszkę.
Przyszło mi na myśl, że panna Murdstone, na kształt narzędzia zwanego kastetem, stosowniejsza była do ataku niż do obrony. Myśl ta tylko mi przemknęła, gdyż zajęty byłem Dorą i zdawało mi się, że spostrzegłem w jej prześlicznym grymasie, iż nie darzyła swej towarzyszki szczególnym zaufaniem. Wtem ozwało się pierwsze uderzenie dzwonka i pan Spenlow powiódł mnie do gościnnego pokoju, abym się przebrał.
Zajęcie się toaletą lub czym bądź, w stanie zachwytu, w jaki popadłem, zdawało mi się po prostu niemożliwe. Usiadłem przed ogniem, rozmyślając o pięknej, błyszczącookiej dziewczynie. Jakże piękną miała twarz, jakie kształty, talię, jakże wydawała się żywa i pełna wdzięku.
Powtórne uderzenie dzwonka wyrwało mnie z rozkosznej zadumy. Ubrałem się naprędce i zszedłem do salonu, gdzie zastałem zebrane już towarzystwo. Dora rozmawiała z jakimś starym, siwym dżentelmenem. Chociaż stary i siwy, chociaż mógłby być jej dziadkiem, pobudził mą zazdrość.
W takim już byłem usposobieniu, zazdrościłem wszystkim wszystkiego. Nie zniósłbym tego, aby ktokolwiek ściślej ode mnie mógł być zażyłym z panem Spenlow. Dręczyło mnie, gdym słuchał o tysiącznych wydarzeniach, w których, niestety, nie brałem żadnego udziału. Gdy uprzejmy jakiś, łysy jegomość siedzący po drugiej stronie stołu spytał mnie, czy po raz pierwszy jestem w tej okolicy, poczułem się obrażony i gotowy do krwawej zemsty.
Nie pamiętam już, kto tam był wieczoru tego oprócz Dory. Dorą się tylko karmiłem i dania zabierano nietknięte. Siedziałem obok niej, rozmawiałem z nią, podziwiałem głosik jej melodyjny, śmiech srebrzysty, zalotność niewinną, którą musiała pozbawić spokoju każdego chyba młodzieńca. Drobna była, malutka i to dodawało jej jeszcze wdzięku.
Gdy z panną Murdstone — więcej kobiet nie było — opuściła jadalnię, popadłem w zadumę zatruty myślą, że mi panna Murdstone gotowa przy niej usłużyć po swojemu. Uprzejmy, łysy jegomość opowiadał mi długie jakieś, odnoszące się zapewne do ogrodów i ogrodnictwa historie, gdyż zdaje mi się, że kilkakrotnie wspominał swego ogrodnika. Udawałem, że go słucham z uwagą, w myśli błądząc obok Dory, w rajskich jakichś ogrodach.
Strach, że panna Murdstone gotowa po swojemu usłużyć, zdjął mnie znów na sam jej widok, gdym wrócił wreszcie do salonu. Uspokojony zostałem w najmniej spodziewany sposób.
— Dawidzie Copperfield — ozwała się panna Murdstone, zastępując mi drogę i wtłaczając w zagłębienie okna — proszę na słowo.