— A czy wiesz, o czym myślę, patrząc tu na ciebie, kochany chłopcze? — spytałem.

— O czym?

— O tym sinym surduciku, który dawniej nosiłeś.

— Ciasnym w ramionach i wytartym na łokciach! — zaśmiał się wesoło. — Dobre to były czasy, co?

— Gdyby nie ten nasz tyran — odrzekłem, myśląc o starym Creakle.

— Zapewne, nielekką wiódł nas dłonią! Dobre to jednak były czasy! Pamiętasz nocne nasze rozmowy, kolacyjki, te prześliczne bajki, coś nam prawił? Pamiętasz, ile kijów spadło na me plecy za to, żem opłakiwał wydalenie pana Mella? Stary tyran! Chciałbym go jednak spotkać kiedy.

— Pastwił się nad tobą w szczególny sposób — zauważyłem z oburzeniem, gdyż zdawało mi się, że słyszę jeszcze razy spadające na plecy współtowarzysza.

— Tak sądzisz? — rzekł z niezmąconym uśmiechem. — Istotnie, być może, było to jednak tak dawno. Oj, stary tyranie!

— Na wychowanie twe, jeśli się nie mylę, wuj łożył? — spytałem.

— A tak — odrzekł. — Zawsze zabierałem się pisać do niego i nigdy zabrać się nie mogłem. Pamiętasz! Cha! Cha! Cha! Miałem wuja, zmarł wkrótce po wyjściu mym ze szkół.