— Tak!?
— Tak. Był to staruszek, kupiec, miałem zostać jego spadkobiercą, lecz nie podobałem mu się, gdym dorósł.
— Czy mówisz to naprawdę? — rzekłem, zauważywszy żartobliwy ton, jakim to mówił.
— Naprawdę. Przekonany o tym jestem. Na nieszczęście nie lubił mnie, utrzymywał, że zawiodłem jego nadzieje, i ożenił się ze swą gospodynią.
— Cóż ty na to?
— Cóż? Nic! Mieszkałem przy nich, wyczekując, aż mi utorują wejście w jaki zawód, tymczasem podagra doszła do żołądka, wuj umarł, wdowa wydała się za mąż za jakiegoś młodzika, a ja zostałem na lodzie.
— Nic ci nie zostawił?
— Owszem, dostałem pięćdziesiąt funtów, ale co chcesz, nie byłem przygotowany do żadnego zawodu i z początku nie wiedziałem, co z sobą począć. Pomógł mi jeden z dawnych współtowarzyszy z Salem House, Yawler, z krzywym nosem, przypominasz go sobie?
— Nie przypominam, nie było go, za moich czasów wszystkie nosy były proste.
— Mniejsza z tym — mówił Traddles — dość, że mi dostarczył do przepisywania prawne akta i wyroki. Poszło to jakoś. Zacząłem robić wyciągi, pisać sprawozdania, streszczać i tym podobnie. Pracowity jestem, jak wiesz, i nauczyłem się dokładnie wszystkich tych manipulacji. Przyszło mi na myśl samemu zostać aplikantem. Yawler polecił mnie tu i ówdzie, między innymi panu Waterbrook. Posypały się zarobki. Miałem przy tym szczęście poznać pewnego publicystę zajmującego się wydaniem nowej encyklopedii — powiódł okiem po stole — znalazła się i tu dla mnie robota. Wiesz — kończył z dobrodusznym uśmiechem — kompilacja, do wynalazków i kompozycji nie mam sprytu! Wątpię, czy pod słońcem jest drugi równie mało jak ja w tym względzie uzdolniony.