— Najpewniej.
— O! Wdzięczny ci jestem, mój drogi, za ostrzeżenie, ale to już pożyczone chyba.
— Na tym wekslu, o którym mówili?
— Nie, o tym dopiero dziś się dowiedziałem. Myślałem już o tym, że po powrocie do domu zaproponuje mi i ten podpisać. Jest już jeden.
— Mam nadzieję, że nie zrobi z niego złego użytku.
— I ja także mam nadzieję, myślę, że nie, chociaż mówił mi onegdaj305, że to już zaspokojone, własne to jego słowa: „zaspokojone”.
Pan Micawber odwrócił się i zaledwie miałem czas powtórzyć uprzednie zlecenie, Traddles, podziękowawszy mi, zbiegł ze schodów. Strach mię zdjął, gdym, stojąc u góry, podziwiał uprzejmość, z jaką zdjął kapelusz, podając ramię pani Micawber. Poczciwy Traddles ze związanymi rękoma dałby się sam wystawić na giełdzie.
Usiadłem przy kominku, rozmyślając o charakterze pana Micawbera, o jego usposobieniu i naszych dawnych stosunkach, gdy usłyszałem stąpanie po schodach. Sądziłem zrazu, że to Traddles wraca po jakiś zapomniany przez panią Micawber przedmiot, lecz w miarę, jak się kroki zbliżały, serce zaczęło mi bić żywiej, poznałem kroki Steerfortha.
Nie zapomniałem nigdy o Agnieszce i śmiało rzec mogę, że z myślą o niej nie rozstawałem się nigdy, wierzyłem jej na słowo, lecz wyznać muszę, że tym razem, patrząc na wchodzącego i wyciągającego do mnie rękę przyjaciela, wstydziłem się zwątpienia, które mnie było ogarnęło306 względem tego ukochanego spośród wszystkich. Nie mniej kochałem Agnieszkę, nie mniej wierzyłem jej pod każdym innym względem, myślałem o niej jak o mym aniele stróżu i nie jej, lecz sobie wyrzucałem to chwilowe sprzeniewierzenie się i nie było zadośćuczynienia, na jakie bym się nie zdobył względem pokrzywdzonego przyjaciela.
— Davy! Pierwiosnku! Rozłajdaczyłeś się, jak widzę — wołał, śmiejąc się wesoło. — Co to, nowa uczta! Doctors’ Commons dobrą jest szkołą! No! No! Możecie pójść na wyścigi z nami, studentami z Oksfordu.