Błyszczące jego oczy przebiegły pokój dokoła, rzucił się na sofę, na której przed chwilą siedziała pani Micawber, rozgrzebał ogień, który żywszym wybuchnął płomieniem.
— Tak mię naszedłeś niespodzianie — rzekłem — żem cię dość serdecznie nie powitał.
— „Widok mój miły być musi oczom smutkiem omroczonym307”, jak mówią Szkoci — odrzekł. — Ty mi kwitniesz jak róża, mały mój Bachusku308.
— Zdrów jestem — odrzekłem — nie było tu jednak tym razem żadnych bachanalii, chociaż istotnie miałem gości.
— Troje. Spotkałem ich wchodząc do bramy. Głośno śpiewali hymn pochwalny na twą cześć. Kto to ten opięty facet?
Usiłowałem opisać mu w krótkich słowach pana Micawbera. Śmiał się, utrzymując, że warto i musi poznać tego jegomościa.
— Zgadnij, kto ten drugi — spytałem.
— Nieba raczą wiedzieć. Nudziarz jakiś, tak przynajmniej wygląda.
— To Traddles — zawołałem tryumfująco.
— Któż to Traddles? — spytał niedbale.