— Jakże się tam wszyscy mają? Emilka nie wyszła jeszcze za mąż?

— Nie jeszcze. Wyjdzie za kilka tygodni czy za kilka miesięcy, mniejsza z tym. Niewielem ich zresztą widywał309. Ale, ale — położył sztućce i zaczął z pośpiechem szukać po kieszeniach — mam list do ciebie, Davy.

— Od kogo?

— Od kogo? Od niani — odrzekł, dostając310 całą paczkę listów — G. Steerforth, Esquire... nie to, cierpliwości, zaraz znajdziemy. Wiesz co, stary ten, jak go tam, nie pamiętam, ma się nieosobliwie.

— Barkis!

— A tak właśnie — mówił, przeglądając adresy na kopertach — źle z tym biedakiem. Mnóstwo tam lekarstw, jakiś doktor czy cyrulik, który się też rozpływał w pochwałach nad tobą, zaimponował mi swoją nauką! Wedle niego stary woźnica kończy się... Aha! Poszukaj w kieszeni mego płaszcza, tam list musiałem wsunąć.

— Oto jest — zawołałem.

List był od Peggotty, mniej jeszcze niż zwykle czytelny. Oznajmiała mi o rozpaczliwym stanie zdrowia męża, nadmieniała, że w chorobie stał się bardziej jeszcze niż przed tym „ścieśliwy”, co go pozbawiało wielu koniecznych wygód. Nie wspominała wcale o swym znużeniu, o czuwaniu u łoża chorego, którego cierpliwość i rezygnację wychwalała. List cały pisany był z prostotą, serdecznością i zaparciem się siebie, a kończył się zapewnieniem poświęcenia bez granic dla „swego ukochanego”, to jest dla mnie.

W czasie, gdym list ten czytał, Steerforth jadł i pił w najlepsze.

— Brzydka to farsa — rzekł, gdym skończył. — Cóż, kiedy nie ma na to rady. Co dzień słońce zachodzi i co dzień nie ten, to ów umiera, zwykła kolej, którą biorąc do serca, darmo byśmy tylko sobie psuli życie. Jazda! Ostro czy z wolna, jak się zdarzy, byle wprost do celu, poprzez przeszkody do wygranej.