— Do jakiej wygranej? — spytałem.

— Tej, którą sobie za cel postawim311. Jazda!

Zauważyłem, pamiętam, gdy umilkł z głową przechyloną na bok i kieliszkiem w ręku, na twarzy jego zarumienionej morskim wiatrem zmianę zaszłą od ostatniego naszego spotkania. Jakieś namiętne naprężenie, jakaś niezłomna energia malowała się na niej wyraźnie. Chciałem go nawet ostrzec o niebezpieczeństwach, na jakie się narażał, oddając się tak namiętnie żegludze, błądząc zapewne nieraz w niepogodę po wzburzonych morzach, wróciłem jednak do rozpoczętego uprzednio tematu:

— Wiesz, Steerforcie, co ci powiem, jeśli mnie w tym swym usposobieniu słuchać raczysz...

— Usposobienie moje zastosuje się do twej woli — rzekł, wstając od stołu i siadając przy kominku.

— Więc powiem ci, że myślę niezwłocznie pojechać do Yarmouth, do mojej starej, kochanej piastunki. Wiem, że jej w niczym nie pomogę, nie zdam się na nic, lecz tak jest przywiązana do mnie, że sam mój widok będzie jej pociechą, doda sił i odwagi. Niewielka to będzie z mej strony ofiara dla tak starej, wiernej przyjaciółki. Co byś zrobił na mym miejscu?

Zamyślony, nie odpowiadał chwilę, a potem rzekł cicho:

— No to jedź! Nie możesz zaszkodzić.

— Właśnie wracasz stamtąd i nie śmiem ci proponować, byś mi towarzyszył.

— Nie podobna312! Dziś jeszcze wrócić muszę do Highgate. Od dawna nie widziałem mej matki i ciąży mi to, bo nie każdemu dano mieć tak kochającą matkę. Uważam siebie za marnotrawnego syna... Ale, co tam! Nonsens! Zamierzasz na pewno jechać jutro? — spytał, wstając i, oparłszy mi obie ręce na ramionach, głęboko wpatrywał się w oczy.