Ciotka ze swej strony zachowywała się z największym spokojem, co było przykładem dla nas wszystkich, a zwłaszcza już dla mnie. Uprzejma była niesłychanie dla Peggotty — z wyjątkiem gdy mą piastunkę nazywałem jej dziwacznym, z którym się ciotka pogodzić nie mogła, imieniem. Chociaż wiedziałem, jak obco ciotka się czuje w Londynie, zdawała się być tym razem u siebie w domu. Zajmie mój sypialny pokój, ja zaś nocować będę w bawialnym, czuwając nad bezpieczeństwem. Szczęściem zawsze — przez wzgląd na pożar — mieszkaliśmy w pobliżu rzeki. Okoliczność ta widocznie ją uspokajała.
— Trot, kochanku — rzekła, widząc, że się zabieram do przygotowania jej codziennego wieczornego napoju — nie trzeba.
— Jak to, nie? Ciociu!
— Zamiast wina wlej trochę piwa.
— Ależ mamy wino, a ciotka zawsze pijała wodę z winem — zauważyłem.
— Wino zachowaj na wypadek choroby, musimy oszczędzać, moje dziecko. Trochę piwa wystarczy mi teraz.
Sądziłem, że biedny pan Dick trupem padnie! Znając jednak stanowczość mej ciotki, wyszedłem po piwo, że zaś późno już było, Peggotty i pan Dick wyszli wraz ze mną. Rozstaliśmy się na rogu ulicy. Pan Dick, z ogromnym latawcem w ręku, wydał mi się uosobieniem ludzkiej niedoli.
Wracając, zastałem ciotkę chodzącą wzdłuż i wszerz po pokoju. Szarpała palcami obrzeżenie nocnego czepka. Zagrzałem wodę, sporządziłem napój. Nałożywszy czepek, zasiadła w fotelu.
— Wiesz co, kochanku, może i lepsze niż z winem — rzekła, popijając — mniej to żółć rozgrzewa.
Z twarzy mej musiało przebijać niejakie powątpiewanie, gdyż dodała natychmiast: