— Przypuszczam, żeś pan mówił już o tym z panem Spenlow?
Odpowiedziałem mu, żem istotnie mówił i że pan Spenlow zasłania się jego imieniem.
— Twierdzi, że będę przeciwny? — spytał.
Musiałem przyznać, iż istotnie pan Spenlow tak twierdzi.
— Przykro mi tedy bardzo — począł nerwowo — lecz istotnie nie mogę zgodzić się na pańską propozycję. Rzecz w tym... Przepraszam, spieszę do banku, godzina minęła.
Powstał z pośpiechem i zabierał się do wyjścia. Zauważyłem, że mi odjął nadzieję załatwienia tak ważnego dla mnie interesu.
— Tak — rzekł, zatrzymując się przy drzwiach — tak, istotnie, ja to przeciwny jestem... Ostrzegam pana, panie Copperfield, że jeśli istotnie pan Spenlow ma coś przeciw temu...
— Osobiście nic nie ma, jak mnie upewnił — rzekłem.
— Och! Osobiście! — powtórzył z widoczną niecierpliwością. — Ja zaś upewnić mogę pana, że jest w tym coś. Nie! Nie ma nadziei, życzenie pańskie nie może być spełnione, co zaś do mnie, mam... mam ważny, niecierpiący zwłoki interes...
Wybiegł po prostu z tymi słowy; przez całe trzy dni nie spotkałem go ani razu.