Pragnąc wyczerpać wszelkie możliwości, doczekałem się powrotu pana Spenlow i prosiłem go, aby użył swego wpływu dla zmiękczenia wspólnika.

— Nie znasz go, nie znasz tak, jak ja go znam — mówił, kiwając głową. — Daleki jestem od oskarżania wspólnika mego o przebiegłość, lecz wyznać muszę, że pan Jorkins dziwny miewa czasem sposób wypowiadania się, zawsze zaś, niestety, niewzruszony bywa w raz powziętych postanowieniach. Nic go nie wzruszy, nic, wierz mi, kochany Copperfieldzie!

Gubiłem się w domysłach, który z dwóch wspólników był bardziej niewzruszony, i to tylko nie było dla mnie zagadką, żem nie mógł już marzyć o wycofaniu wyłożonych przez ciotkę pieniędzy. Opuściłem kancelarię kierując, kroki do mego mieszkania.

Starałem się wyobrażać sobie najgorsze, z najgorszym się oswajać i wytknąć sobie pewną linię postępowania wśród trudnych tych okoliczności, gdy dogonił mnie i zatrzymał się tuż obok jakiś pojazd. Podniosłem głowę. Ujrzałem wyciągniętą zza zasłony rękę i twarz, której widok napełniał mnie zawsze błogim wzruszeniem, odkąd ją po raz pierwszy ujrzałem pochyloną nad poręczą schodów starego domu, twarz przypominającą słodkie piękności na kościelnych malowane witrażach.

— Agnieszka! — zawołałem uszczęśliwiony. — Kochana moja Agnieszka! Co za miłe, w tej zwłaszcza chwili, spotkanie!

— Czy naprawdę? — spytała, witając mnie przyjaźnie.

— Tyle ci mam do powiedzenia — mówiłem. — Sam już twój widok napełnia mnie pociechą i otuchą. Gdybym posiadał czarodziejską różdżkę, ciebie bym chyba wzywał.

— Mnie?

— A tak, no, zaraz po Dorze — odrzekłem, rumieniąc się.

— Naturalnie, że się Dorze należy pierwszeństwo — zaśmiała się Agnieszka.