Zresztą w tym jak i we wszystkim najwięcej polegała na panu Dicku. Nosił się on, jak twierdziła, z pewną myślą. „Byle ta myśl dojrzała — dodawała — a pan Dick zadziwi nas wszystkich!”.
Nie domyślając się pokładanych w sobie nadziei, pan Dick pozostawał w tych samych co przedtem stosunkach z panem i panią Strong. Nie posuwał się dalej i nie cofał, jak drzewo, które zapuści korzenie. Co do mnie, wyznaję, nie dowierzałem, by był zdolny do jakiej bądź inicjatywy.
Pewnego wieczoru, w kilka miesięcy po naszym ślubie, uchylił drzwi bawialnego pokoju, w którym siedziałem sam, pisząc. (Dora z ciotką poszły na herbatę do panien Spenlow).
— Mam ci coś powiedzieć, Trot — rzekł nieśmiało. — Czy ci nie przeszkadzam?
— Ani trochę. Proszę, panie Dicku.
— Trotwood — rzekł, kładąc palec na nosie. — Zanim usiądę, pozwolę sobie zrobić pewną uwagę. Znasz ciotkę?
— Tak sądzę — odparłem.
— Zadziwiająca to kobieta!
Powiedziawszy to, westchnął, jak gdyby zrzucił z siebie ciężar, i siadając spojrzał na mnie z większą niż zwykle powagą.
— A teraz, chłopcze — zaczął — postawię ci pytanie.