Myślałem o wszystkim, co zaszło, com słyszał, lecz najgłębiej mi w pamięci i sercu ugrzęzły słowa Annie:
„Największym nieszczęściem w małżeństwie jest różność charakterów i usposobień”.
A dalej:
„Własnego serca młodociana omyłka...”.
I dalej jeszcze:
„Wiedziałam, o jaką skałę opiera się moje przywiązanie”.
Byliśmy u drzwi naszego domu. Pod stopami mymi szeleściły zwiędłe liście, dął wiatr jesienny.
Rozdział XLVI. Wieści
Od roku mniej więcej — nie ufam mej pamięci co do dat — musiałem być żonaty, gdy pewnego wieczoru, w czasie samotnej przechadzki i rozmyślania o książce, którą miałem właśnie pisać (powodzenie moje bowiem na tej drodze wzrastało), przechodziłem przed domem pani Steerforth. Zdarzało mi się nieraz przechodzić tamtędy, ponieważ mieszkałem w sąsiedztwie, unikałem tego jednak, jak tylko mogłem. Tym razem musiałbym nadłożyć zbyt wiele drogi.
Przechodząc, rzucałem zwykle na dom ten przelotne spojrzenie i przyśpieszałem mimowolnie kroku. Omroczony bywał i ponury, a zawsze zamknięte, ciemne, z opuszczonymi storami okna wyglądały opłakanie. Gęsty szpaler wiódł przez dziedziniec do drzwi wejściowych, ponad którymi niezasłonięte roletą okno świeciło pustką. Nie pamiętam, abym kiedy widział w oknach światło i jeślibym nie znał mieszkańców tego domu, myślałbym zapewne, że w nim spoczywają chyba zwłoki jakiejś bezdzietnej istoty, wyobraźnia moja wysnuwałaby tysiące wniosków i wątków.