Znając historię tego domu, starałem się myśleć o nim jak najmniej. Niestety, pamięć moja nie mogła oddalać się wraz z krokami; rozbudzona, długo pozostawała z marami dni ubiegłych. Wieczoru tego dziecięce wspomnienia w szczególny sposób zmieszały się z marzeniami ostatnich dni przepełnionymi budzącą się nadzieją, w niejasnym przeczuciu czekających mnie rozczarowań i doświadczeń. Z głębokiej zadumy zbudził mnie głos jakiś, głos kobiecy. Długa przeszła chwila, zanim przypomniałem sobie służącą pani Steerforth, tę, która dawniej nosiła we włosach błękitne wstążki. Nie nosiła ich teraz i stosując się zapewne do ogólnego tonu domu zastąpiła błękitne brunatnymi.
— Proszę pana — mówiła — czyby pan nie chciał wejść na chwilę i pomówić z panną Dartle?
— Czy panna Dartle przysyła po mnie? — spytałem.
— Nie w tej chwili, lecz to na jedno wyjdzie — odrzekła. — Przed paru dniami widziała pana przechodzącego tędy i kazała usiąść z robotą na schodach i czekać pana powrotu. Ma coś panu powiedzieć.
Poszedłem, pytając służącą o zdrowie pani Steerforth. Dowiedziałem, że się miewa niedobrze i nie opuszcza prawie swego pokoju.
Panna Dartle była w ogrodzie. Siedziała na skraju tarasu, z którego rozciągał się widok na miasto. Wieczór był ciemny z czerwonawymi odbłyskami na obłokach. Patrząc na rysującą się na tym ponurym tle panoramę, na oświecone szczyty, pomyślałem, że było to tło odpowiednie dla wspomnień nieubłaganej kobiety.
Powstała na moje spotkanie. Bledsza była i mizerniejsza niż dawniej i oczy jej wydały mi się bardziej rozbłysłe, a szrama na twarzy wyraźniejsza.
Spotkanie nasze nie mogło być przyjazne, rozstaliśmy się w gniewie i żalu. Starała się ukryć wyraz wzgardy przebijający z jej twarzy.
— Pani ma mi coś do powiedzenia — rzekłem chłodno, nie siadając i tylko opierając rękę o poręcz wskazanego mi krzesła.
— Tak jest — odrzekła — chciałam spytać, czy dziewka ta została odnaleziona?