Powstała ze złośliwym uśmiechem i zbliżając się do otwartego okna, podniesionym głosem, lecz z nieopisaną wzgardą zawołała jak na psa nędznego:
— Pójdź tu!
Po czym, zwracając się na wpół ku mnie, rzekła:
— Liczę na to, że się pan w obecności mej powstrzyma od wszelkich wymówek lub sprzeczek.
Skłoniłem powtórnie głowę, nie wiedząc wszelako, o co jej idzie. Po chwili zjawił się Littimer we własnej osobie.
Skłonił się z uszanowaniem, stając za krzesłem panny Dartle. Pomimo wzgardy przebijającej w każdym jej ruchu, pomimo złośliwego triumfu błyskającego w świecących jej oczach, opuściła się na krzesło z pewnym wdziękiem, wdziękiem złej wróżki z bajki.
— Teraz — ozwała się rozkazująco, nie patrząc na sługusa i rękę podnosząc do szramy na swej twarzy — opowiedz panu, co wiesz.
— Pan James i ja, pani...
— Nie zwracaj się do mnie — przerwała, wzdragając się.
— Pan James i ja, panie...