— O Emilce?

Zbladł, wpatrując się we mnie bacznie.

— Nie wiadomo, gdzie się znajduje — mówiłem. — To tylko wiadomo, że nie jest już z nim razem.

Słuchał i milczał, wpatrując się we mnie. Nie zapomnę nigdy tego spojrzenia. Gdym skończył opowiadanie, milczał jeszcze z głową opartą na ręku. Zdawać by się mogło, że wzrokiem ściga postać ukochanego dziewczęcia, obojętny na wszystko, co nią samą nie jest.

Gdym skończył, skrył twarz w dłonie. Udałem, że patrzę przez okno.

— Jak się panu zdaje, paniczu? — spytał mnie wreszcie.

— Sądzę, że żyje — odrzekłem.

— Nie wiem — odparł — nie miała może dość sił, by znieść ten cios... Wszak były tam owe błękitne fale, o których zwykła była dawniej mawiać? Czy śniło się biedaczce, że ją w nich pogrzebią?

Mówił to stłumionym, wystraszonym głosem, przechadzając się po małej izdebce.

— A jednak — mówił po chwili — ani na chwilę nie przypuszczałem, aby nie żyła. Szukałem jej dniem i nocą, zimą i latem, czyżby mnie przeczucia moje tak zmylić miały?