— Nie! — dodał, opierając się silnie o stół, z wyrazem nagłego postanowienia. — To być nie może! Emilka żyje! Jak, gdzie, nie wiem, lecz żyć musi!

Wyglądał jak w natchnieniu, poczekałem, aż nieco ochłonie, i wówczas dopiero usiłowałem wytłumaczyć mu, jak ostrożnie teraz wypada postępować.

— Teraz, przyjacielu... — zacząłem.

— Dziękuję, dziękuję — mówił, ściskając mi ręce.

— Jeśli dotrze, jak to przypuszczać należy, do Londynu, zechce się tu zapewne ukrywać. Łatwo jest kryć się w tak wielkim mieście i jeśli nie wróci do domu...

— Nie wróci do domu — powtórzył, kiwając smętnie głową. — Jeśliby uciekła stamtąd z własnej woli, to co innego, wówczas wróciłaby.

— Jeśli tedy — ciągnąłem — nie wróci, jak to jest prawdopodobne, do domu, jest ktoś, kto ją tu prędzej niż inni odnaleźć zdoła. Proszę cię, nie oburzaj się pan na to, co powiem, pomyślawszy, jaki cel mamy przed sobą... Pamiętasz Martę?

— Z naszego miasta?

Odpowiedzią mi był wyraz jego twarzy.

— Jest ona w Londynie.