Weszliśmy na samo poddasze, wyprzedzeni przez jakąś kobiecą postać. W niepewnym świetle na zakręcie dojrzeć mogłem, że się postać ta chwilę zatrzymała wyżej u drzwi. Po chwili ujęła klamkę, weszła.
— Co to? — szepnęła, przystanąwszy, Marta. — Weszła do mego pokoju, nie znam jej.
Lecz ja poznałem. Była to, ku memu zdziwieniu, panna Dartle.
Zaledwiem zaczął518 pokrótce tłumaczyć towarzyszce mej, żem znał tę damę, gdy doszły nas spoza drzwi głosy — lecz słów nie można było pochwycić. Marta uchyliła ostrożnie, w milczeniu, boczne drzwi i znaleźliśmy się w ciasnej, podobnej do szafy izdebce; przymknięte drzwiczki wiodły do pokoju, który nazwała swoim.
Tu zatrzymaliśmy się. Tchu nam brakowało, a Marta położyła mi szybko dłoń na ustach. Przez uchylone nieco drzwi dojrzałem pokój dość obszerny, łóżko, a na ścianach widoczki przedstawiające okręty i morskie wybrzeża. Ani panny Dartle, ani osoby, z którą rozmawiała, dojrzeć nie mogłem. Nie mogła też dojrzeć ich stojąca poza mną Marta. Gdyśmy weszli, głosy ucichły i ciężkie zaległo milczenie. Marta, nie odejmując mi z ust dłoni, drugą przyłożyła do ucha.
— Nie idzie mi wcale o to, czym ją zastała, czy nie — ozwała się wreszcie wyniośle panna Dartle. — Nie dla niej tu przyszłam, a ciebie chciałam widzieć.
— Mnie? — spytał cichy, łagodny głos, który napełnił mnie dreszczem, był to bowiem głos Emilki.
— Tak, ciebie — odparła ostro panna Dartle. — I cóż, nie płoniesz ze wstydu?
Głos ten ostry, niemiłosierne słowa, przepojone nienawiścią i wzgardą, uplastyczniły mi ją, chociaż widzieć nie mogłem. Czułem pożerający płomień jej oczu, drżące i sine wargi, głęboko na pobladłych chudych policzkach występującą szramę.
— Chciałam — mówiła — zobaczyć igraszkę chwilowej zachcianki, którą się James Steerforth prędko znudził, bezwstydnicę, co mu się uwiesiła u szyi, stając się urągowiskiem motłochu w swym rodzinnym mieście, nadętą, wymuskaną kochankę podobnych jemu paniczów. Chciałam widzieć, jak to wyglądać może.