Coś zaszeleściło. Widocznie nieszczęsna, słowami tymi policzkowana dziewczyna rzuciła się ku drzwiom, uciekać chciała, lecz panna Dartle powstrzymała ją zapewne. Chwilę panowało milczenie.

Gdy się panna Dartle ponownie odezwała, głos jej syczał przez zaciśnięte zęby, tupała nogą.

— Stać mi tu albo wszystkim tam na głos powiem, kim jesteś, po imieniu cię nazwę. Nie puszczę cię, chociażbym ci wszystkie wyrwać miała włosy.

Słowom tym odpowiedział jęk przyciszony i nowe zaległo milczenie. Nie wiedziałem, co przedsięwziąć. Chciałem skrócić tę wstrętną scenę, z drugiej znów strony czułem, że rzeczą pana Peggotty było zjawić się pomiędzy nimi. O! kiedyż, kiedy nadejdzie!

— I tak — zaśmiała się zjadliwie panna Dartle — mam ją wreszcie, tę nierządnicę, widzę. Trzebaż być głupim, aby się dać wziąć na tę udaną skromność i niewinność, na tę zwieszoną głowę świętoszki!

— O! Na miłość boską — zawołała Emilka — oszczędzaj mnie pani. Kiedy już znasz nieszczęsną mą historię, zlituj się, jeśli chcesz, by się nad tobą zlitowano.

— Nade mną? — sarknęła dumnie panna Dartle. — Jak śmiesz równać się ze mną, cóż może być między nami wspólnego?

— Obieśmy kobiety519! — wybuchnęła łkaniem Emilka.

— Patrzcie ją — syknęła panna Dartle — szczyci się swą hańbą. Ależ ja gardzę tobą, pomiatam, brzydzę się. Kobieta! Powiedz raczej: zakała niewieściego rodu!

— O! Zasłużyłam na to — łkała Emilka — lecz jakże strasznie to brzmi! Dobra, kochana pani! Pomyśl, com przecierpiała, jak nisko upadłam! Marto! O, Marto! Wróć! Wróć prędzej, ratuj mnie!