Zasiadając do śniadania, wszyscyśmy byli niespokojni, a wskazówki zegara, posuwające się ku dziewiątej godzinie, niepokój nasz wzmagały. Oprócz pana Dicka nikt z nas nie udawał nawet apetytu. Ciotka pierwsza wstała od stołu, przechadzając się tam i z powrotem po postoju, Traddles, siedząc na kanapie, trzymał wprawdzie dziennik w ręku, lecz oczu od drzwi nie odrywał, co zaś do mnie, to wyglądałem przez okno zapowiedzianego gościa. Z uderzeniem wpół do dziewiątej zjawił się na rogu ulicy.
— Idzie — oznajmiłem — i nie w oficjalnym swym stroju.
Ciotka zawiązała wstążki od kapelusza i ściągnęła szal na piersiach, jak gdyby chciała być gotowa na wszystko. Traddles wziął się też do zapinania surduta, a pan Dick, zdumiony, a może i wystraszony tymi przygotowaniami, nałożył kapelusz na głowę. Zaledwie nałożył, już go musiał zdjąć na powitanie wchodzącego pana Micawbera.
— Panowie i pani! — ozwał się pan Micawber. — Witam państwa! Kochany panie, oceniam dobroć pańską.
Przy tych słowach uściskał dłoń pana Dicka.
— Czy jadłeś pan śniadanie? Może ponczyku? — spytał pan Dick przybyłego.
— Za nic w świecie — wołał Micawber, zatrzymując wyciągniętą do dzwonka rękę pana Dicka. — Za nic w świecie. Apetyt opuścił mnie od dawna, panie Dixon.
Nowe to nazwisko przypadło do smaku panu Dickowi, który ponownie uściskał dłoń nowego swego przyjaciela, śmiejąc się dziecinnie.
— Dick — rzekła ciotka — baczność!
Pan Dick spoważniał i zarumienił się.