W pokoju, w którym znajdowaliśmy się, stała znana mi z dawien dawna żelazna szafa. Klucz z niej nie był wyjęty. Domysł snadź540 jakiś mignął w myśli Uriaha, bo poskoczył ku szafie, otworzył. Była pusta.
— Gdzie księgi?! — zawołał, mieniąc się541 straszliwie na twarzy. — Skradziono mi je!
— Moje to dzieło. Dostałem dziś rano jak zwykle, wcześniej tylko nieco, klucz i wybrałem, co mi było potrzeba — rzekł pan Micawber.
— Bądź pan spokojny — upewnił Uriaha Traddles — księgi i papiery znajdują się w moim posiadaniu, pilną o nich będę miał pieczę.
— Przechowujesz rzeczy kradzione! — zawołał Uriah.
— Dozwolone to w pewnych razach.
Tu, ku największemu memu zdziwieniu, zachowująca się dotąd wzorowo spokojnie ciotka poskoczyła do Uriaha, porywając go za kołnierz.
— A wiesz, czego ja chcę, niegodziwcze? — zawołała.
— Kaftana bezpieczeństwa — odparł.
— Nie, mego dobra, funduszu. Agnieszko, duszko, milczałam, dopóki sądziłam, że jest to dziełem twego ojca. Nie pisnęłam słówka samemu nawet Davy, wmawiałam, żem straciła na nieudanej spekulacji, ale teraz, kiedy wiem, komu to zawdzięczam, muszę się policzyć z tym niegodziwcem! Trot, pomożesz mi odebrać od niego, co się nam należy.