Czy się ciotce zdawało, że Heep nosi jej fundusz za kołnierzem, nie wiem, lecz to wiem, że się energicznie zawijała koło jego gardła. Musiałem się wmieszać, upewniając ciotkę, że prawnie odbierzemy, co do nas należy. Uspokoiła się i usiadła na uprzednim miejscu, jak gdyby nic nigdy nie zaszło.

Przez cały ten czas pani Heep wołała na syna, aby się ukorzył, i czepiała się naszych kolan, błagając i obiecując niestworzone rzeczy. Wreszcie syn posadził ją gwałtem na krześle i stając przed nią i przytrzymując jej ramię, spytał mnie z nienawistnym spojrzeniem:

— Cóż teraz zamierzacie począć?

— Natychmiast ci to powiem — odrzekł mu Traddles.

— Czy to Copperfield nie ma języka? — mruknął Uriah. — Wiele bym dał temu, kto by mnie upewnił, że mu go wyrwano.

— Uriah się ukorzy! — wołała stara. — Nie zwracajcie państwo uwagi na jego słowa.

— Oto, co zamierzamy — przerwał Traddles. — Przede wszystkim i natychmiast oddasz nam akta.

— Przypuśćmy, że nie oddam.

— Po co to przypuszczenie? Oddasz, musisz oddać.

Przyznać muszę, że po raz pierwszy uderzyła mnie jasność, rozsądek, zimna krew, praktyczność postępowania Traddlesa.