— Dobrze. Nie wiem tylko, gdzie ich szukać, a panu Micawberowi, zanim odpłynie, grozi areszt.
— To go wykupimy — zdecydowała ciotka. — Wiele tam tego będzie?
— Pan Micawber przedstawił mi swe „ugody”; nazywa on to ugodami! Wszystko zliczywszy będzie ze sto kilkanaście funtów szterlingów.
— Więc ile mu damy, wliczając naturalnie w to powyższą sumę? Agnieszko, duszko, pomożesz mi potem policzyć. Co? Pięćset. Prawda?
No to i ja, i Traddles radziliśmy raczej zaopatrzyć emigranta w mniejszą sumę, a zadowolić Heepa. Radziliśmy nadto opłacić przejazd Micawberów, dając im w ręce sto funtów szterlingów. Dodałem, że uprzedzę co do ich charakteru i usposobień pana Peggotty, współtowarzysza podróży, na którego ręce złoży się resztę pieniędzy. Byłem też zdania, aby dla zbliżenia tych dwojga opowiedzieć panu Micawberowi część historii pana Peggotty. Rozważaliśmy gorąco te kwestie ku obopólnemu, jak się wkrótce okazało, zadowoleniu zainteresowanych.
Widząc, że Traddles z niepokojem spogląda na mą ciotkę, prosiłem go, aby dopowiedział, co ma jeszcze do mówienia.
— I ty, kochany Copperfieldzie — mówił — i ciotka twoja, darujcie mi, jeśli bolesnego dotknę przedmiotu. Muszę jednak w pewnym kierunku pobudzić waszą pamięć. W pamiętnym dniu oskarżenia Heepa nadmienił on coś o mężu twej ciotki?
Ciotka, panując nad sobą, spokojnym skinieniem głowy odpowiedziała na to pytanie.
— Było to może czczym tylko naigrawaniem się? — zapytał Traddles.
— Nie — krótko odpowiedziała ciotka.