— Ha! — mruknęła ciotka, podnosząc brwi i spoglądając z ukosa na Agnieszkę. — Cóż ten przezacny młodzian porabia?
— Nie wiem doprawdy! Wraz ze swą matką, która ciągle lamentowała, szlochała, upraszała i niechcący zdradzała syna, wyjechał onegdaj555 wieczorem dyliżansem. Tyle tylko wiem o nim. Wyjechał wściekły na mnie i na pana Micawbera.
— Czy wnosisz556, że mu co pozostało? — spytałem.
— Nie wątpię — odrzekł Traddles. — Pełne ma jeszcze kieszenie. Zdaje mi się jednak, że go pieniądz nie zatrzyma na dobrej drodze. Znasz go zresztą lepiej ode mnie. Jest tak skończonym hipokrytą557, że do wszelkich swych celów krzywymi będzie dochodził drogami. Zawsze posądzać będzie i nienawidzić każdego, co najniewinniej na drodze tej mu stanie, i tym sposobem wikłać się nie omieszka558. Po tym, co tu zaszło, wątpić o tym nie podobna559.
— Podłe stworzenie, liche! — zauważyła ciotka. — A teraz wróćmy do Micawbera.
— Prawda — uśmiechnął się Traddles wesoło — raz jeszcze muszę śpiewać jego pochwały. Gdyby nie jego cierpliwość i wytrwałość, nie osiągnęlibyśmy ani w połowie równie pomyślnych rezultatów. Muszę jeszcze dodać, że, o ile mi się zdaje, nie kierowały nim żadne poboczne względy. Heep drogo by mu opłacił milczenie. Działał i pracował dla zasady.
— I ja tak myślę — rzekłem.
— Cóż mu damy? — spytała ciotka.
— Zanim do tego przyjdzie — rzekł nieco zmieszany Traddles — musimy jeszcze rozważyć pewną okoliczność. Weksle podpisane przez Micawbera na imię Heepa oraz owe zaliczki...
— Będą spłacone.