— Szczęśliwy tedy jestem — zawołał Traddles — udało mi się bowiem wyrwać wszystko!

— Nie winszujcie mi tylko — rozkazała ciotka. — Jak to, proszę pana?

— Sądziłaś pani zapewne, że pan Wickfield źle sumę tę ulokował?

— Istotnie tak sądziłam. Tss! Agnieszko! I dlatego to właśnie milczałam.

— Obligacje te — mówił Traddles — zostały rzeczywiście sprzedane na mocy pani upełnomocnienia. Lecz mamże554 mówić, kto się zajmował transakcją, czyj był podpis, kto właściwie był nabywcą? Pieniądze te, jak i innych wiele, uwięzły w kieszeni łotra, który tak niecnie nadużywał zaufania pana Wickfielda. Oszukiwał on panią tylko przez słabość i pod naciskiem przemocy, płacąc pani czas jakiś procenty od sumy, którą uważał za zaprzepaszczoną.

— Biedak! — rzekła ciotka. — Wszystko przyjął na siebie! Napisał do mnie list szalony, oskarżając się o zawiedzenie mego zaufania, o złodziejstwo po prostu i tak dalej. Otrzymawszy list ten, pojechałam do niego, poprosiłam o świecę i w jego obecności spaliłam ów list, zlecając mu, by się postarał wybawić, jeśli się jeszcze da, i mnie, i siebie, a zwłaszcza by się opamiętał i oszczędzał przez wzgląd na córkę. Tss! Mówię wam, jeśli które z was piśnie słówko, uciekam.

Milczeliśmy tedy. Agnieszka skryła twarz w dłoniach.

Po chwili ciotka rzekła do Traddlesa:

— Więc udało ci się istotnie, poczciwy przyjacielu, wyrwać pieniądze od tego łotra?

— Fakt to — odrzekł Traddles. — Tak go pan Micawber osaczył, tyle miał nań gotowych sposobów, że się nie zdołał nam wywinąć. Najciekawsze, że, co do tej sumy, przekonany jestem, że ją zagarnął mniej przez chciwość, a bardziej przez nienawiść do Copperfielda. Powiedział mi to zresztą wręcz. Powiedział, że wydałby drugie tyle i więcej, byle mógł go zgubić.