— A mama czy zdrowa? — spytałem. — Mama i Peggotty?

— Najzupełniej — zapewniał pan Peggotty.

— Emilka, pani Gummidge?

— Najzupełniej.

Umilkliśmy. Skorzystał z tego pan Peggotty, aby dostać z kosza parę olbrzymich krabów i cały wór małych raczków. Wręczył wszystko to bratankowi, mówiąc:

— Paniczowi smakowało to kiedyś, pamięta panicz, w naszej rybackiej chacie! Ugotowała to sama stara, to jest pani Gummidge ugotowała własnoręcznie.

Podziękowałem, a pan Peggotty, spostrzegłszy, że mu bratanek nie pomaga wymową i tylko uśmiecha się nad morskimi przysmakami, dodał:

— Przybyliśmy na łodzi z Yarmouth do Gravesen. Wiatr mieliśmy pomyślny. Siostra, pisząc do mnie, wymieniła tę szkołę, żądając, abym będąc tu, odwiedził koniecznie panicza i kłaniał się od niej i od wszystkich. Zaraz po moim powrocie Emilka napisze do siostry, żeśmy panicza widzieli, i tak dalej, i tak dalej...

Przeszła chwila, zanim zrozumieć zdołałem, co znaczyło owo „i tak dalej, i tak dalej”. Zrozumiawszy podziękowałem z wylaniem poczciwemu rybakowi, po czym zacząłem rozpytywać go o Emilkę. Musiała uróść, zmienić się, odkąd zbierałem z nią razem muszle i kamyki na wybrzeżu?

— Tak, tak, niedługo, a będzie to już mała kobieta — odrzekł pan Peggotty. — Niech go panicz spyta.