Wskazał na bratanka, skłaniającego w najwyższym zadowoleniu głowę nad workiem raków.
— A jaka ładna! — dorzucił.
— Jaka uczona! — twierdził Ham.
— Jak pisze! Litery czarne, wyraźne, ot, z tak daleka widne!
Poczciwy rybak z zapałem mówił o swej ulubienicy. Twarz jego wyrażała najwyższe zadowolenie, dumę i przywiązanie, oczy połyskiwały wewnętrznym ogniem, a szeroka pierś podnosiła się lekko, swobodnie. Silne ręce zaciskały się z mocą i przekonaniem, a każde swe słowo podkreślał ruchem ramienia, które wydało mi się podobne do kowalskiego młota.
Nie mniejszy był zapał bratanka i zajmujący temat rozmowy byłby zapewne niewyczerpany, gdyby nie nagłe zjawienie się Steerfortha. Wpadł do pokoju, nucąc coś wesołego i dopiero spostrzegłszy mnie w towarzystwie dwóch nieznajomych, cofnął się, wołając:
— Przepraszam, nie wiedziałem, że cię tu zastanę.
Nie w tym to istotnie pokoju przyjmowano zwykle przybywających w odwiedziny gości. Nie wiem sam doprawdy, czy to chęć pochwalenia się przed panem Peggotty takim jak Steerforth przyjacielem czy chęć wyjaśnienia przed tym ostatnim stosunków moich z rybakiem i jego synowcem skłoniły mnie do odwołania cofającego się przyjaciela — jakże mi każdy szczegół głęboko wrył się w pamięć — mówiąc90:
— Nie uciekaj, Steerforth, proszę cię, nie uciekaj! Są to rybacy z Yarmouth, dobrzy, kochani ludzie, bliscy krewni mojej niani. Odwiedzili mnie.
— Dobrze, wybornie! — zawołał Steerforth, wracając. — Miło mi ich poznać! — Jak się macie, panowie!