Zadzwoniła czym prędzej, a gdy przyniesiono tacę, zaczęła pilnie i pośpiesznie szykować filiżanki oraz łyżeczki. Adela i ja podeszłyśmy do stołu, ale pan domu nie opuścił swojej kuszetki.

— Czy będzie pani łaskawa podać filiżankę panu Rochesterowi? — zwróciła się do mnie pani Fairfax — Adela mogłaby wylać herbatę.

Spełniłam jej życzenie. W chwili, gdy pan Rochester brał z mej ręki filiżankę, Adela, uważając widocznie moment ten za odpowiedni do wstawienia się za mną, zawołała:

–- Nieprawdaż, monsieur, że jest tam mały prezent dla mademoiselle Eyre, w pana kufereczku?

— Któż mówi o prezentach? — odpowiedział mrukliwie. — Czy pani spodziewała się prezentu, panno Eyre? Czy pani przepada za prezentami? — I badawczo spojrzał mi w twarz oczami, które, jak zobaczyłam, były ciemne, gniewne i przenikliwe.

— Sama nie wiem — odpowiedziałam — brak mi w tym względzie doświadczenia. Na ogół ludzie uważają je za coś przyjemnego.

— Na ogół uważają? Ale co pani o tym sądzi?

— Musiałabym się zastanowić, panie, zanim bym mogła dać odpowiedź godną przyjęcia. Na podarunek można się zapatrywać rozmaicie, nieprawdaż? A należałoby rozważyć wszystkie względy, zanim by się coś orzekło o jego istocie.

— Panno Eyre, pani nie jest tak prostoduszna jak Adela. Ona głośno woła o „cadeau114, jak tylko mnie zobaczy, pani kołuje i kluczy.

— Ponieważ mniej mam zaufania do własnych zasług niż Adela. Ona może się powoływać na prawo dawnej znajomości, a także na prawo zwyczajowe. Mówi, że pan miał zawsze zwyczaj obdarzać ją zabawkami, ja zaś, gdybym się miała na coś powoływać, doprawdy byłabym w kłopocie, ponieważ jestem panu obca i nie uczyniłam nic takiego, co by mi dawało prawo do otrzymania podziękowania.