— Ludzie ułomni nie powinni przywłaszczać sobie władzy, którą tylko od Boga powołanym i doskonałym powierzyć można bezpiecznie.
— Jakiej władzy?
— Władzy orzekania o jakiejś niezwykłej, niesankcjonowanej drodze postępowania, że „jest słuszna”.
— „Jest słuszna”. O te słowa właśnie chodzi, pani je wyrzekła.
— Oby przeto była słuszna — odpowiedziałam, wstając, gdyż uważałam, że daremną rzeczą byłoby przedłużać dyskusję tak dla mnie niejasną. Zdawałam sobie też sprawę, że charakteru mojego rozmówcy przeniknąć nie mogę, a przynajmniej jeszcze nie na razie. Odczuwałam przy tym niepewność i nieokreślone niebezpieczeństwo.
— Dokąd pani idzie?
— Idę położyć Adelę spać, już minęła godzina.
— Pani się mnie boi, ponieważ mówię jak sfinks.
— Mowa pańska jest zagadkowa, ale chociaż mnie to oszałamia, nie boję się przecież.
— Boi się pani. Pani miłość własna boi się kompromitacji.