— Dokładnie tak! — brzmiała odpowiedź. — I „comme cela”135 wyprowadzała angielskie złoto z mojej brytyjskiej kieszeni. Zielony wtedy byłem, oj, zielony, panno Eyre! Wiosenna świeżość była we mnie taka, jaka dzisiaj jest w pani! Wiosna moja minęła, ale zostawiła mi w ręku ten francuski kwiatek, którego, w pewnych nastrojach, najchętniej bym się pozbył. Nie ceniąc już łodygi, na której zakwitł, a którą tylko dzięki złotemu proszkowi można było hodować, niezupełnie lubię ten kwiatek. Zwłaszcza gdy wygląda tak sztucznie, jak właśnie w tej chwili. Utrzymuję to dziecko i wychowuję je raczej zgodnie z rzymskokatolicką zasadą zadośćuczynienia za liczne grzechy, wielkie i małe, za pomocą jednego, dobrego uczynku. Wszystko to kiedyś wytłumaczę. Dobranoc.
Rozdział XV
Pan Rochester kiedyś przy innej sposobności wytłumaczył mi to. Raz po południu przypadkiem spotkał się ze mną i z Adelą w ogrodzie, a gdy mała bawiła się wolantem136 i dokazywała z Pilotem, zaproponował mi, bym się z nim przeszła po długiej alei bukowej, skąd można było mieć dziewczynkę na oku.
Powiedział mi wtedy, że Adela była córką francuskiej baletnicy operowej, Celine Varens, do której niegdyś pałał gorącym afektem, une grande passion137, jak się wyraził. Ten afekt Celine, wedle swoich zapewnień, podzielała z większym jeszcze zapałem. Wierzył, że chociaż brzydki, był jej bożyszczem, wierzył, że ona przenosi jego budowę atlety nad wytworność Apollina Belwederskiego138.
— I, panno Eyre, tak mi schlebiały te względy galijskiej139 sylfidy140, że zainstalowałem ją w pałacyku, sprawiłem jej całe wyposażenie, służbę, powóz, kaszmiry, diamenty, koronki itd. Słowem, zacząłem się rujnować w przyjęty sposób jak każdy inny zakochany żółtodziób. Jak gdyby mnie nie stać było na oryginalność, zamiast wytknąć sobie inną drogę, wiodącą do hańby i zepsucia, kroczyłem starym, utartym szlakiem z głupią dokładnością, byle nie zboczyć o cal z ubitego toru. Spotkał mnie, tak jak na to zasługiwałem, los wszystkich innych zakochanych głuptasów. Zaszedłszy przypadkiem pewnego wieczora, gdy mnie się Celine nie spodziewała, nie zastałem jej w domu. Wieczór był ciepły, a że byłem zmęczony chodzeniem po Paryżu, więc usiadłem w jej buduarze, szczęśliwy, że mogę oddychać powietrzem uświęconym niedawną jej obecnością. Nie, ja przesadzam, ja nigdy nie myślałem, by była w niej jakaś uświęcająca cnota, trąciła ona raczej wonią perfumowanej pastylki niż świętości. Powietrze, przesycone zapachem kwiatów i perfum, zaczynało mnie dusić, więc otworzyłem okno i wyszedłem na balkon. Świecił księżyc, świeciły również lampy gazowe, było cicho i pogodnie. Na balkonie stał fotel, siadłem i wyjąłem cygaro... Jeśli pani pozwoli, teraz też jedno wypalę.
Tu pan Rochester zrobił przerwę. Wyjął i zapalił cygaro, i wypuściwszy kilka kłębów wonnego dymu w mroźne, bezsłoneczne powietrze, mówił dalej:
— Ja i cukierki lubiłem w owych czasach, panno Eyre. I właśnie kolejno chrupałem czekoladki i paliłem cygaro, przyglądając się ekwipażom przejeżdżającym przez modne ulice ku pobliskiej operze, gdy w eleganckim, krytym powozie, zaprzężonym w parę pięknych angielskich koni, rozpoznałem la voiture141, którą ofiarowałem Celine. Powóz zatrzymał się, jak się tego spodziewałem, przed bramą pałacyku. Moja flama142 (to właśnie jest odpowiednia nazwa dla takiej operowej kochanki) wysiadła. Chociaż była otulona w płaszcz, zupełnie niepotrzebnie, nawiasem mówiąc, w tak ciepły, czerwcowy wieczór, poznałem ją od razu po maleńkiej nóżce, widocznej spod sukni, gdy zeskakiwała ze stopnia powozu. Wychylając się z balkonu, miałem właśnie szepnąć „Mon ange!143” tonem, naturalnie, dosłyszalnym jedynie dla ucha miłości, gdy jakaś druga postać wyskoczyła w ślad za nią, również otulona w płaszcz. Jednakże ta noga zabrzęczała ostrogą o trotuar i głowa w męskim kapeluszu przesunęła się pod sklepioną bramą pałacyku. Pani, panno Eyre, nigdy nie odczuła zazdrości, nieprawdaż? Naturalnie, że nie, nie potrzebuję pani pytać, ponieważ pani nigdy nie zaznała, co to miłość. Obydwa te uczucia pozna pani jeszcze z doświadczenia. Dusza pani śpi, musi przyjść jeszcze ten wstrząs, który ją obudzi. Pani sobie wyobraża, że całe życie potoczy się tak spokojnie, jak dotychczas pani młodość. Płynąc przed siebie z zamkniętymi oczyma i zatkanymi uszami, ani pani nie widzi skał podwodnych, ani nie słyszy rozbijających się o ich podstawę bałwanów. Ale ja pani mówię i niech pani zapamięta moje słowa: dojdzie pani kiedyś do skalistego przejścia w kanale, gdzie cały strumień życia rozbija się w wirach i zamęcie, w łoskocie i pianie. I albo ostre skały rozbiją panią na atomy, albo jakaś potężna fala dźwignie ją i uniesie spokojniejszym prądem, jak mnie w tej chwili. Lubię taki dzień, lubię to niebo stalowe. Lubię surowość i ciszę tego zmrożonego świata. Miłe jest mi Thornfield, jego staroświeckość, ustronność, stare drzewa, pełne wronich gniazd, i ciernie, i szara fasada domu, i rzędy ciemnych okien, odbijających to metalowe niebo. A jednak jakże długo nienawidziłem samej myśli o nim, stroniłem od niego jak od siedliska zarazy! Jak ja dotychczas nienawidzę...
Zgrzytnął zębami i zamilkł. Wstrzymał kroki i tupnął o stwardniałą ziemię, jak gdyby jakaś myśl nienawistna chwyciła go w kleszcze i trzymała tak, że nie mógł ruszyć z miejsca.
Wracaliśmy aleją, gdy w ten sposób stanął. Dom był przed nami. Podnosząc oczy do jego blanków, rzucił ponad nie spojrzenie, jakiego nigdy przedtem ani potem nie widziałam. Ból, wstyd, gniew, zniecierpliwienie, wstręt, nienawiść zdawały się staczać walkę w wielkich, rozszerzonych źrenicach pod kruczymi brwiami. Dziko zmagały się te porywy, walcząc, który będzie górą... A jednak inne uczucie powstało i odniosło triumf — coś, co było twarde i sceptyczne, samowolne i zdecydowane. Uśmierzyło jego wzburzenie i stężałością powlokło mu twarz. Mówił dalej:
— Gdy milczałem, panno Eyre, toczyłem spór z moim losem. Stał tam pod tym bukiem, w postaci wiedźmy, jak jedna z tych, które ukazały się Makbetowi144 na wrzosowisku w Forres145. „Miłe ci jest Thornfield?”, zapytała, podnosząc palec. A wtedy wypisała w powietrzu przestrogę, która płomiennymi zgłoskami przebiegła wzdłuż frontu domu, pomiędzy górnym a dolnym rzędem okien. „Niech ci będzie miłe, jeżeli zdołasz! Niech ci będzie miłe, jeśli się odważysz!”. „Będzie mi miłe”, odpowiedziałem, „Odważę się je lubić!”. I — dodał z uporem — dotrzymam słowa. Przełamię przeszkody na drodze do szczęścia, na drodze do dobroci... Tak, do dobroci. Pragnę być lepszym człowiekiem, niż dotychczas byłem, niż jestem. A jak lewiatan146 złamał dzidę Hioba, strzałę i napierśnik147 zbroi, tak ja zapory, które innym wydają się z żelaza i spiżu, zmiażdżę jak słomę i zmurszałe drewno!