— Nie, panie, zobaczyłam tylko lichtarz na podłodze.
— Ale słyszała pani jakiś śmiech niesamowity? Ten śmiech: czy słyszała już pani kiedyś coś podobnego?
— Tak, panie. Jest tam kobieta, która tutaj szyje, nazywa się Grace Poole. To ona się w ten sposób śmieje. To dziwna osoba.
— Ot właśnie. Grace Poole... Zgadła pani. Ona jest, jak się pani wyraziła, dziwna... Bardzo. No dobrze, ja się nad tym zastanowię. Tymczasem rad jestem, że pani jedyna, oprócz mnie, zna dokładnie szczegóły zajścia dzisiejszej nocy. Pani nie jest gadatliwym głuptasem, niech pani nic o tym nie mówi. Ja już jakoś wytłumaczę to, co się tutaj stało — tu wskazał łóżko — a pani niech teraz wraca do swojego pokoju. Ja zupełnie dobrze spędzę resztę nocy na kanapie w bibliotece. Już dochodzi czwarta, za dwie godziny służba będzie na nogach.
— A więc dobranoc panu — rzekłam, zabierając się do odejścia.
Wydał się zdziwiony — bardzo niekonsekwentnie, co prawda, gdyż sam dopiero co powiedział, że mam już pójść.
— Co? — zawołał. — Opuszcza mnie pani, i to w ten sposób?
— Pan powiedział, że mogę już odejść.
— Ale nie bez pożegnania, nie bez paru słów podziękowania i wdzięczności z mojej strony, nie w ten nagły, oschły sposób. Pani mi przecież ocaliła życie! Wyrwała mnie pani okropnej, pełnej mąk śmierci! I tak pani przechodzi koło mnie, jak gdybyśmy sobie byli zupełnie obcy! Przynajmniej rękę niech mi pani poda!
Wyciągnął rękę. Podałam mu swoją. Ujął ją najpierw jedną, potem obiema dłońmi.