— Ocaliła mi pani życie. Błogo mi, że winien jestem pani dług tak niezmierny. Więcej powiedzieć nie mogę. Nie ścierpiałbym nikogo w roli wierzyciela za takie dobrodziejstwo. Ale pani to co innego... Mnie pani dobrodziejstwa nie ciążą, panno Jane.
Umilkł i patrzył na mnie. Słowa, prawie widoczne, drżały mu na wargach, ale głos ich nie wypowiedział.
— Jeszcze raz dobranoc panu — rzekłam. — Nie ma żadnego długu, dobrodziejstwa, ciężaru czy wdzięczności w tym wypadku.
— Ja wiedziałem — mówił dalej — że kiedyś, w jakiś sposób dobro przez panią, panno Jane, na mnie spłynie... Wyczytałem to w twoich oczach, gdy po raz pierwszy cię ujrzałem. Ich wyraz i uśmiech nie... — tu znowu urwał — nie — mówił dalej szybko — nie nadaremnie tak błogo wzruszył samą głąb mojego serca. Ludzie mówią o wrodzonych sympatiach, słyszałem też o duchach dobrych. Są ziarna prawdy w najbardziej fantastycznych bajkach. Moja umiłowana wybawicielko, dobranoc!
Dziwna energia była w jego głosie, dziwny ogień w jego spojrzeniu.
— Cieszę się, iż tak się przypadkiem zdarzyło, że właśnie nie spałam — odparłam i znów chciałam odejść.
— Co? Chce pani iść koniecznie?
— Zimno mi, panie.
— Zimno? Tak... I stoisz w kałuży wody! Idź więc, panno Jane, idź!
Ale wciąż jeszcze trzymał moją rękę, a ja nie mogłam jej uwolnić. Przyszedł mi na myśl pewien fortel151.