Na podłodze obok basenu siedział pan Rochester, ubrany w szale, w turbanie na głowie. Jego czarne oczy, ciemna cera i silne rysy odpowiadały doskonale kostiumowi — wyglądał jak prawdziwy wschodni emir. W tej chwili ukazała się panna Ingram. I ona także ubrana była na sposób wschodni: szkarłatną szarfę miała przewiązaną w pasie, a haftowaną chustkę owiniętą dokoła głowy. Jej piękne, kształtne ramiona były odkryte, jednym z nich, wzniesionym, podtrzymywała dzbanek, wdzięcznie postawiony na głowie. Tak postać jej, jak twarz oraz ogólny wygląd nasuwały na myśl jakąś księżniczkę Izraela z czasów patriarchalnych — i taką też postać niewątpliwie miała przedstawiać.
Nachyliła się nad basenem, jak gdyby dla napełnienia dzbana, znowu go podniosła i ustawiła na głowie. Mężczyzna, siedzący przy studni, zdawał się teraz przemawiać do niej, prosił ją o coś. Ona opuściła dzban na rękę i dała mu się napić. Wtedy on z zanadrza szaty dobył puzderko, otworzył je i ukazał wspaniałe bransolety i kolczyki. Ona odegrała zdziwienie i podziw. Klęcząc, złożył te skarby u jej nóg. Niedowierzanie i zachwyt wyraziły się w jej minach i gestach. Obcy umieścił bransolety na jej ramionach, a kolczyki w uszach.
Tak, Eleazar178 i Rebeka179. Brakowało tylko wielbłądów.
Zgadujący skupili się znowu, widocznie nie mogli się pogodzić co do wyrazu czy sylaby, które ten obraz miał podsunąć. Pułkownik Dent w ich imieniu poprosił o „żywy obraz całości”. Wobec tego zasłona znowu zapadła.
Za trzecim jej rozsunięciem ukazała się tylko część salonu. Resztę zakrywał parawan, zawieszony jakąś ciemną, ordynarną draperią. Marmurowy basen odsunięto, na jego miejscu stał prosty stół sosnowy i krzesło kuchenne. Te przedmioty widziało się przy ciemnym świetle latarki rogowej, gdyż wszystkie woskowe świece pogaszono.
W tym nędznym otoczeniu siedział mężczyzna z opartymi na kolanach, zaciśniętymi rękoma, z oczyma utkwionymi w ziemię. Poznałam pana Rochestera, chociaż usmolona cera, ubiór w nieporządku (surdut zwieszał się ściągnięty z jednego ramienia, jak gdyby prawie zdarty z niego w walce), zuchwała, chmurnie zmarszczona twarz i potargane włosy zmieniały go prawie nie do poznania. Gdy się poruszył, zadźwięczał łańcuch — na rękach miał kajdany.
— Bridewell180 — zawołał pułkownik Dent i szarada została rozwiązana.
Potrwało dobrą chwilę, zanim „aktorzy” przebrali się i wrócili do jadalni. Pan Rochester prowadził pannę Ingram. Prawiła mu komplementy, wychwalając jego grę.
— Czy pan wie — mówiła — że z tych trzech ról najwięcej mi się pan podobał w ostatniej? O, gdyby pan żył trochę wcześniej, jaki wspaniały dżentelmen-rozbójnik na publicznych drogach byłby z pana!
— Czy wszystka sadza zmyta z mojej twarzy? — zapytał, zwracając się ku niej.