— Niestety, tak! A szkoda! Tak panu dobrze było, przy pańskiej cerze, w tej charakteryzacji na łotra!
— Więc podobałby się pani taki bohater-awanturnik, rozbójnik?
— Po włoskim bandycie najmilszym typem byłby mi taki angielski bohater gościńca, przewyższyć mógłby go tylko wschodni pirat.
— Trudno, czymkolwiek jestem, proszę pamiętać, że pani jest moją żoną. Godzinę temu w obecności wszystkich tych świadków zostaliśmy poślubieni. — Zaczęła się śmiać i zarumieniła się.
— A teraz, Dent, twoja kolej! — powiedział pan Rochester.
Gdy zaś pułkownik ze swoją paczką wyszedł, on z partnerami zajął opróżnione krzesła. Panna Ingram usiadła po jego prawej ręce, reszta zgadujących umieściła się po obu ich stronach.
Nie zważałam tym razem na aktorów. Uwagę moją pochłonęli widzowie. Moje oczy, poprzednio wpatrzone w arkadę, teraz nieodparcie przyciągało półkole krzeseł. Jaką szaradę przedstawił pułkownik Dent ze swoimi, jakie wyrazy wybrali, jak zagrali, tego już nie pamiętam, ale wciąż mam przed oczami narady po każdej odegranej scenie. Widzę, jak pan Rochester zwraca się do panny Ingram, a panna Ingram do niego. Widzę, jak ona pochyla ku niemu głowę, że aż krucze jej loki dotykają niemal jego ramienia i muskają policzek. Słyszę ich szepty, widzę wymieniane spojrzenia — i nawet uczucia, pobudzone tym widokiem, stają mi w pamięci.
Powiedziałam już, że pokochałam pana Rochestera. Nie mogłam przestać kochać go teraz po prostu tylko dlatego, że się przekonałam, iż przestał mnie widzieć, że mogłam całe godziny spędzać w jego obecności, a on na mnie nawet nie spojrzał, że widziałam, iż całą jego uwagę, wszystkie jego starania zagarnęła wielka dama, która przechodząc, unikała dotknięcia mnie krajem swojej szaty, która, jeśli kiedy ciemne i władcze jej oko spoczęło na mnie przypadkiem, odwracała je czym prędzej jak od przedmiotu niegodnego uwagi. Nie mogłam przestać go kochać, pomimo pewności, iż wkrótce poślubi tę właśnie kobietę, chociaż patrzyłam codziennie na jej dumną pewność jego zamiarów i byłam stałym świadkiem jego starań o rękę panny Ingram, starań niedbałych w swoim rodzaju — gdyż raczej kazał się szukać, niż poszukiwał — ale starań zdobywczych przez swą dumę i ujmujących niedbałością.
Nie było w tych wszystkich okolicznościach niczego takiego, co by mogło ochłodzić miłość, wygnać ją z serca, choć wiele było powodów do rozpaczy. I do zazdrości — pomyślisz, czytelniku. Ale ja nie byłam zazdrosna, a przynajmniej bywałam bardzo rzadko. Panna Ingram nie mogła budzić zazdrości, gdyż była z rodzaju kobiet zbyt poślednich. Daruj mi, czytelniku, ten pozorny paradoks, ale ja to, co mówię, mówię na serio. Stwarzała doskonałe pozory, ale nie była naturalna. Była osobą piękną, wykształconą, błyskotliwą, ale umysł jej był ubogi, a serce oschłe z natury. Nic samorzutnie nie kwitło na tym gruncie, żaden niewymuszony, swoisty owoc nie radował świeżością. Nie była dobra, nie była oryginalna. Powtarzała pięknie brzmiące frazesy z książek, nigdy nie miała własnego zdania. Uderzała w wysoki ton sentymentów, ale nie znała uczuć litości ani współczucia. Nie było w niej ani czułości, ani prawdy. Aż nazbyt często zdradzała się z tym, dając niewłaściwie folgę złośliwej antypatii względem Adeli — to odpychając ją z dodatkiem niemiłego epitetu, jeśli się do niej przypadkiem zbliżyła, to niekiedy nakazując jej wyjść za drzwi, a zawsze traktując ją zimno i kwaśno. Były jeszcze inne oczy, oprócz moich, które śledziły te objawy charakteru, śledziły je uważnie, bacznie, bystro. Tak jest, przyszły mąż, pan Rochester sam wykonywał nad wybraną bezustanny nadzór. I to właśnie ta jego bystrość i ostrożność, ta doskonała, jasna świadomość wad, ten widoczny brak miłości w stosunku do niej — to właśnie było źródłem nieustannej mej męki.
Rozumiałam, że zamierza ożenić się z nią może dla względów rodzinnych, może politycznych, ponieważ stanowisko jej i stosunki mu odpowiadały. Czułam, że nie dał jej miłości swojej i że ona nie ma danych po temu, by skarb ten u niego pozyskać. I to był punkt drażliwy, to podsycało we mnie i karmiło gorączkę: że ona go nie może oczarować.