— Jest już gotowa — oznajmił wchodząc służący. — Chciałaby wiedzieć, kto będzie jej pierwszym gościem.

— Sądzę, że lepiej, bym ja wpierw jej się przypatrzył, zanim któraś z pań do niej pójdzie — powiedział pułkownik Dent.

— Powiedz jej, Samie, że jeden pan przyjdzie.

Sam poszedł i wrócił.

— Ona powiada, proszę pana, że panów mieć nie chce, że niech się nie trudzą i nie przychodzą do niej, ani też — dodał, z trudem powstrzymując śmiech — nie chce widzieć starszych pań... Tylko młode i... Niezamężne.

— A, do licha! Baba ma dobry gust! — zawołał Henry Lynn.

Panna Ingram podniosła się uroczyście.

— Ja pierwsza pójdę! — oświadczyła tonem, który byłby odpowiedni dla wodza na straconym posterunku, rzucającego się w nierówną walkę na czele garstki ludzi.

— O moja najlepsza! O, moja najdroższa! Stój!... Zastanów się! — wołała jej matka, ale Blanche przesunęła się obok niej w dumnym milczeniu, wyszła przez drzwi, które dla niej pułkownik Dent trzymał otwarte, i usłyszeliśmy, że wchodzi do biblioteki.

Zapanowała teraz względna cisza. Lady Ingram uważała, że sytuacja wymaga załamania rąk, co też uczyniła. Panna Mary oświadczyła, iż czuje, że nigdy się nie odważy. Amy i Louisa Eshton chichotały z cicha i miały minki trochę wystraszone.