Wszedłszy do biblioteki, ujrzałam Sybillę (jeśli to była Sybilla?) siedzącą spokojnie na fotelu przy kominku. Miała na sobie czerwony płaszcz i czarny kapelusz cygański o szerokich krezach189, spuszczonych na twarz na kształt budki pod węzłem pasiastej chustki, zawiązanej pod brodą. Zgaszona świeca stała na stole. Cyganka pochylała się nad ogniem i przy świetle płomieni zdawała się czytać w małej, czarnej książeczce, podobnej do modlitewnika. Mruczała przy tym półgłosem wyrazy, tak jak to czyni wiele starych kobiet. Nie od razu przestała, chociaż weszłam do pokoju. Zdawało się, że chce doczytać do końca ustępu.
Stanęłam na dywaniku i grzałam sobie ręce, gdyż zziębłam w salonie. Czułam się teraz tak spokojna jak zazwyczaj. W powierzchowności Cyganki nie było nic niepokojącego. Zamknęła książkę i powoli podniosła oczy, opuszczone krezy kapelusza częściowo zasłaniały jej twarz. Mogłam jednakże dojrzeć, gdy ją podniosła, że jest to twarz szczególna. Cała była brunatna i czarna, kosmyki kołtuna sterczały spod białej przewiązki, obejmującej jej podbródek i połowę policzków czy raczej szczęk. Śmiałe spojrzenie skierowała prosto na mnie.
— Tak więc, panienko, chcesz, żebym ci przyszłość wywróżyła? — przemówiła głosem równie stanowczym jak jej spojrzenie i szorstkim jak rysy twarzy.
— Nie dbam o to, matko. Możecie mówić, jeśli wam się podoba, ale ostrzegam was, że nie wierzę.
— Zuchwalstwo przemawia przez ciebie. Spodziewałam się tego po tobie, słyszałam to w twoich krokach, gdy przechodziłaś przez próg.
— Czy tak? Macie, matko, bystre ucho.
— Tak jest. I bystre oko, i bystry rozum.
— Tego wszystkiego potrzeba w waszym zawodzie.
— Prawda, zwłaszcza gdy ma się do czynienia z klientami takimi jak ty. Dlaczego nie drżysz?
— Bo nie jest mi zimno.