— Dowiedzieliście się od służących.

— Ach! Wyobrażasz sobie, że jesteś bardzo bystra. Zresztą, być może... Prawdę mówiąc, mam ja jedną znajomą wpośród służących, Grace Poole...

Usłyszawszy to imię, zerwałam się na równe nogi.

„Czy tak?... Czy tak? — pomyślałam — więc jednak jest jakaś diabelska sztuka w całej tej sprawie!”.

— Nie lękaj się — ciągnęła dalej dziwna istota — pani Poole to bardzo bezpieczna osoba, dyskretna i spokojna, każdy może jej zaufać. Ale, jak mówiłam, siedząc tam pod oknem, o niczym nie myślisz, tylko o przyszłej szkole? Czy nikt cię nie interesuje z całego tego towarzystwa, ulokowanego przed tobą na kanapach, fotelach i krzesłach? Czy nie ma tam żadnej twarzy, którą byś badała? Żadnej osoby, którą byś śledziła z ciekawością przynajmniej?

— Lubię obserwować wszystkie twarze i wszystkie osoby.

— I nigdy nie wyróżniasz jednej spośród reszty? Albo może dwóch?

— Owszem, często. Gdy gesty albo spojrzenia jakiejś pary stają się wymowne, bawi mnie patrzenie na nich.

— Na co najchętniej lubisz patrzyć?

— O, nie mam wielkiego wyboru! Jeden na ogół u nich temat: zaloty. I jedna i ta sama zapowiedź końcowej katastrofy: małżeństwo.