— Zbyt delikatna — rzekła. — Nie mogę niczego wyczytać z tego rodzaju dłoni. Prawie pozbawiona linii. A zresztą, cóż można znaleźć na dłoni? Los nie tam się pisze.
— Wierzę wam — powiedziałam.
— Nie — ciągnęła dalej — los pisze się na twarzy: na czole, dokoła oczu, w oczach samych, w liniach ust. Uklęknij i podnieś głowę.
— A! Teraz przechodzicie do rzeczywistości — rzekłam, czyniąc, co nakazała. — Zaczynam teraz po trosze wam wierzyć.
Uklękłam o jakieś pół łokcia od niej. Poruszyła ogień w piecu, tak że strumień światła trysnął z potrąconych węgli. Blask jednakże — tak jak ona siedziała — pogrążył tylko jej twarz w jeszcze głębszym cieniu, moją za to oświecając.
— Ciekawa jestem, z jakimi uczuciami przyszłaś tu dziś wieczór do mnie — przemówiła, popatrzywszy na mnie badawczo przez chwilę. — Ciekawa jestem, jakie myśli krążą w twojej głowie, gdy tam siedzisz godzinami wśród tych eleganckich ludzi, którzy ci się jak obrazki w latarni magicznej przesuwają przed oczami. Obcy ci, bez żadnej z tobą sympatycznej łączności, jak gdyby doprawdy tylko cieniami ludzi byli, a nie prawdziwymi osobami.
— Bywam często zmęczona, niekiedy śpiąca, a ponadto smutna.
— W takim razie musisz mieć jakąś tajemną nadzieję, która cię podtrzymuje i cieszy, szepcąc o przyszłości?
— O, nie! Co najwyżej mam nadzieję, że z zarobionych pieniędzy oszczędzę tyle, by kiedyś w wynajętym przeze mnie domku otworzyć własną szkołę.
— Marny to pokarm dla ducha i niedostateczny. A siedząc tam pod oknem (jak widzisz, znam twoje zwyczaje)...